środa, 7 sierpnia 2013

Jagody



JAGODY - tak zdrowe, że aż dziwne, że smaczne.

Są wspaniałymi przeciwutleniaczami, czyli walczą z wolnymi rodnikami; obniżają zły cholesterol i podwyższają dobry; są źródłem wielu witamin i minerałów; wzmacniają naczynia krwionośne; przeciwdziałają anemii a to wciąż nie wszystko, co potrafią.

Jako, że jesteśmy na wsi zamówiliśmy ich 10 litrów a teraz zamykamy je na zimę. Specyficzna forma odpoczynku...

W każdym razie niedługo się kończą, więc orientujcie się i jedzcie ich dużo! Są drogie, ale ich cena spada wraz z oddalaniem się od miasta... Nie mówiąc o tym, że z tego bogactwa można korzystać za darmo w lesie. Ale kto ma na to czas?

GO GO PO JAGODY!

sobota, 27 lipca 2013

Tu sie je!

Koniec przerwy. Wróciłam. Jeszcze nie typowym 3-poziomowym tekstem (nad którym prace trwają), ale póki co krótką relacją z naszego pola.

MMS od męża podczas mojego wyjazdu
 
     "Jeśli chcesz być szczęśliwy jeden dzień, to się upij; jeśli chcesz być szczęśliwy jeden tydzień, to się ożeń, jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie – załóż ogród”. To podobno chińskie przysłowie, które ma nieść jakąś mądrość. Trochę mnie zmartwiło, bo chciałabym, żeby mój mąż był szczęśliwy całe życie, tymczasem tydzień od ślubu kiedyś już minął. No rzeczywiście nie widzę, żeby był mną zafascynowany jak to dawniej bywało, ale dopóki chichocze codziennie z tego, co mówię, myślę sobie, że smutno mu nie jest. Aby jednak poprawić jego los jeszcze bardziej, postanowiłam go także jakoś wesprzeć w uprawianiu wspomnianego ogrodu, do której to czynności kilka razy już się zabierał ze słabym skutkiem. Wyzwanie było podwójne, ponieważ ogród ma wielkość niewielkiego balkonu i kilku parapetów, a moje wsparcie nie zakłada zazwyczaj pracy fizycznej... I najważniejsze - to miał być ogród jadalny, nie ozdobny. 

     Nie uwierzycie pewnie, ale rozwiązanie znalazłam UWAGA, UWAGA... w Internecie! To naprawdę niesamowite źródło wiedzy. Wejdźcie sobie czasem w niego w pracy, jak już zrobicie wszystko, co pracodawca przykazał i sami się przekonajcie. No więc ja znalazłam stronę SlonecznyBalkon.pl, gdzie bardzo sympatyczna Basia prowadzi krok po kroku wszystkich, którzy chcieliby posadzić coś więcej niż szczypior... Tak więc odesłałam męża do Basi, zapisałam na webinar, który prowadziła dla Cohabitatu (do przeżycia i ściągnięcia tu) i... od tamtej pory widzę bardzo szczęśliwego człowieka w momencie gdy tylko przynosi z piwnicy swoje zabawki, tj. ziemię, odżywki, doniczki, nasiona i sieje, przesadza, podlewa, psioczy na mszyce (ostatnio wrócił z pracy poparzony pokrzywami, bo po drodze zbierał je na antymszycowy napar...), dziwi się, że rukola nie wschodzi, szuka karteczek, gdzie co zasadził, itd, itp. 
    A jak mu coś nie wychodzi, pisze do Basi i następnego dnia wraca z pracy później... bo po drodze zakupił kolejne doniczki na rozsady a może rozsiewy - nie wiem, nie ogarniam tej nomenklatury.



Tak wygląda szczęśliwy człowiek od tyłu

   
    Ostatnio rozmarzonym głosem wyznał mi, że musi mnie zabrać do... swojego ulubionego sklepu ogrodniczego. Wow, chyba muszę być dla niego kimś wyjątkowym, skoro chce mnie zabrać w TO miejsce. Nie będę grymasić i potraktuję to jaką randkę.

     Niby czasy się zmieniają i wyznacznikami męskości i kobiecości nie są już ich tradycyjne kulturowe atrybuty czy takiż podział ról, jednak słyszę czasem znad bazylii niepokojące rozważania wiernego ogrodnika, że on to chyba nie jest za bardzo męski, bo tak strasznie lubi te roślinki... No bez przesady Kochanie! Jeśli patrzymy tak stereotypowo, to przecież nie porzuciłeś choćby piłki nożnej, która potwierdza Twoją męskość w pełni!


Barcelona i Real Madryt prawie na polskiej ziemi
   
 Zresztą poprzez swoje uprawy dostarczasz rodzinie jedzenie! A to jest wg starego porządku mega męskie. 


"
Z rzodkiewek nie było pożytku, ale za to z ich liści zrobiłam pyszne pesto.
     
    A to, że ze swoim kolegą przesyłacie sobie fotki swoich upraw to mnie tylko wzrusza. No może półgodzinna rozmowa telefoniczna o sadzonkach na naszym wspólnym spacerze jest trochę irytująca. Musiałam wtedy wyrwać telefon i krzyknąć na drugą stronę, że jesteście strasznie nudni! Wcale tak jednak nie myślę.
     Swoją drogą, wiecie co przestawia zdjęcie poniżej "z pola" kolegi?


Jeden z MMSów znalezionychw  w telefonie męża
     
     To domek dla biedronek najmilisi! Jakbyście nie wiedzieli to biedronkami szczuje się mszyce. 
     Zresztą zdjęcie biedronki, która po kilku tygodniach przyleciała "do domku" też było, ale się skasowało w telefonie. Szkoda.
    Swoją drogą właściciel domku na codzień wykonuje, moim zdaniem, męga ciężki zawód tylko dla psychicznych twardzieli. Tym bardziej więc potwierdza to relaksacyjny wpływ uprawiania ogrodu, w jakimkolwiek formacie. 

     Tak więc wszystkim zestresowanym lub poszukującym zajęcia, które wreszcie "przyniesie owoc", polecam domowy jadalny ogród. Czy zbiory są ekologiczne? Pewnie nie ze względu na miasto, które osiada na wszystkim. To zresztą zupełnie nie ma znaczenia w przypadku tej skali upraw, bo w tym wszystkicm chodzi przede wszystkim o relaks, radochę i satysfakcję. Ja taką znajduję od samego patrzenia na "nasze" pomidory. Lubię też pesto z własnych zbiorów bazylii. A zwłaszcza mówić, że to z WŁASNYCH ZBIORÓW.

Romantic tomatos
 
Chilled out peppers

Na pierwszym planie bazylia i pomidorki w dzieciństwie

    A na koniec:
- piosenka dla męża z przesłaniem, żeby pomidorów zawsze było u nas w bród!
- podziękowania dla wszystkich, którzy tu zaglądają a czasem nawet poganiają mnie do pisania! Uwielbiam to!
- i specjalnie dla stęsknionych czytelników. I czytelniczek. - Ryan na łonie natury.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Sobota i niedziela - wyciszenie

Kończący eksperyment weekend został bardzo fajnie zaplanowany jako wyciszenie po tych kilku dniach wyzwań. 

SOBOTA

Dzień na podjęcie wcześniej zaplanowanych działań wolontariackich. Plany mam, do zrealizowania raczej w ciągu tygodnia. 

W przewodniku do eksperymentu ponadto znalazłam bardzo fajne ćwiczenie. 

"Zrób listę składającą się z trzech kolumn:
1) wszystkie organizacje, w których chciałbyś/ałabyś pomagać 
2) powody, dla których uważasz, że nie możesz tam pomagać
3) jak możesz konstruktywnie odnieść się do tych powodów i usunąć wypisane przez siebie przeszkody

Czy przeszkody – niezależnie od tego, jak bardzo są uzasadnione – są ważniejsze niż sens samego uczestnictwa?"

Podoba mi się także piramida zaangażowania społecznego, która wiedzie od poziomu 1 do 5 w następujący sposób:
poziom 1, czyli podstawa - pomoc finansowa w skali całego roku
poziom 2, miesięczna pomoc jako wolontariusz
poziom 3, zaangażowanie kilku godzin w skali tygodnia na rzecz jakiejś inicjatyw/y
poziom 4, bycie liderem projektu na rzecz lokalnej społeczności
poziom 5, zawód w którym pracujesz na rzecz pożytku społecznego; udzielanie się w NGO

Proszę zauważyć, że wklejanie na FB apeli o pomoc i wzywanie do zaangażowania nie znajduje się na żadnym poziomie. A szkoda, bo w tym jestem dobra...

Ja znajduję się na poziomie 1, ambicje sięgają poziomu 5... Jest nad czym pracować. Niech no tylko spłacę ten cholerny kredyt to zobaczycie, że znajdę sobie mało płatną i bardzo satysfakcjonującą pracę! Będzie mnie wtedy na to stać.

A pamiętacie moją koleżankę Martę, o której kiedyś wspominałam w tym wpisie? Otóż ona zrezygnowała już jakiś czas temu z lepiej płatnej posady na rzecz ciekawszej, choć gorzej płatnej pracy na rzecz pożytku społecznego, czyli osiągnęła czubek piramidy. Czubek na czubku - lepiej bym tego nie określiła. I spośród tylu osób, które znam osobiście ona jest jedną z dwóch, która jest na tym poziomie (przy czym nauczycieli nie brałam pod uwagę w tej klasyfikacji). 


Niedziela - eko-laba


Czyli nic nierobienie jako przeciwwaga dla konsumpcjonizmu stojącego na drugim biegunie z ekologią. Dwa razy nie trzeba mi tego powtarzać. Chętnie zalegnę na sofie z książką. Muszę się tylko odłączyć od laptopa. Bo wiecie, co było najtrudniejsze podczas tego tygodnia? Właśnie pisanie codziennych relacji (z własnej woli tak chciałam), które zabierało mi czas dla siebie i męża. Czas, który potencjalnie oszczędziłam rezygnując z zakupów czy nie używając oświetlenia wieczorem. 
Tymczasem więc wyłączam się na jakiś czas. Wracam do reala nacieszyć się wieczornym życiem! A Wam polecam bardzo adekwatną piosenkę cudownej Meli Działać bez działania.


Wam serdecznie dziękuję za czytanie relacji i wszystkie komentarze (tutaj i na FB). I oczywiście zachęcam do zapisania się do dobrej zabawy, czyli majowej tury Tygodnia, wszystkiego niż inne! Tutaj znajdziecie potrzebne informacje.

A z tego miejsca chciałabym BARDZO podziękować Piotrkowi (który dziś ma urodziny!!!) za to, że tak pięknie wskoczył ze mną w moją eko wariację! Na co dzień to naprawdę bardzo profesjonalny i poważny gość w garniturze. W wolnych chwilach jednak lubi dla mojego specyficznego towarzystwa znosić wózek z 5-go piętra, korzystać z toalety przy świecach, sadzić nasionka w rolce po papierze toaletowym i promować mój blog wśród wszystkich napotkanych! W pełni zgadzam się z moim ulubionym kolegą, że to Skarb i że trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. 




Z okazji urodzin Piotrka Ryana nie będzie!

PS. Schudłam tylko 0,5 kg... O ile taka zmiana wagi oznacza coś więcej niż puste jelita vs. pełne jelita pisząc oględnie...  

     


sobota, 13 kwietnia 2013

Piątek - woda

W piątek uważniej przyglądaliśmy się tematowi oszczędzania wody. 

Temat w naszym domu dobrze znany i praktykowany zarówno z pobudek ekologicznych jak i ekonomicznych. 


Zatem najpierw przechwałki a potem obszary do poprawy.

Prysznice zamiast kapieli to podstawa w eko dekalogu. Wyzwanie to zmieścić się w 30 sekund z myciem. Bo wiecie-rozumiecie, 20 minutowe stanie pod strumieniem wody to nic innego jak pionowa eko-katastroficzna kąpiel... Prysznic dzielony z kimś to 100 punktów w bonusie od Kapitana Planety. Wybaczcie, że wkleję "starego" Ryana, ale on mi tu idealnie pasuje. Poza tym będzie Wam się lepiej czytać, jak będzie stał obok. Pod warunkiem, że będzie czytać, zamiast patrzeć w prawo.

Zakręcanie wody podczas mycia zębów i golenia - też standard, wyświechtany i  nudny jak flaki z olejem, ale skuteczny w oszczędzaniu.

A właśnie, co do flaków to niejedzenie mięsa jest chyba największym oszczędzaniem wody dla planety. W rachunkach za wodę nieodczuwalny, ale każdy wegetarianin, nie mówiąc o weganach albo pozaziemskich freeganach jest największym oszczędzaczem wody i spokojnie może się rozgrzeszyć nawet z codziennej kąpieli. Wkrótce chcę napisać tekst o mięsie, więc nie będę w tym miejscu się rozpisywać w tym tymacie. W każdym razie statystyki wodne w hodowli mięsa są porażające. Na wyhodowanie 1kg wołowiny trzeba około 40 tys. litrów wody. 1 kg!!! To skutek głównie produkcji pasz. Białko roślinne nie potrzebuje aż takich strumieni. To zresztą temat rzeka.

W oszczędzaniu wody pomaga też nie posiadanie basenu (poziom 1) lub nie wymienianie w nim wody (poziom 2) bądź posiadanie basenu bez wpuszczania do niego wody (poziom 3). My wybraliśmy poziom 1. Przy poziomie 3 na pewno kręcilibyśmy teledyski, żeby jakoś usprawiedliwić posiadanie bezsensownej dziury wyłożonej płytkami w ogrodzie. A swoją drogą znacie inne sceny filmowe w suchych basenach? Trochę tego było w popkulturze, prawda? 





O tym, że rzadko spuszczamy wodę to już pisałam na blogu w "Toaletowo". To zresztą mój ulubiony wpis. Zasada jest prosta: nie spłukujemy wody po siku, spuszczamy dopiero po nie-siku. Lub przed przyjściem gości. Inaczej będzie mega obciach. I oczywiście zasadę stosujemy tylko w domu!

Można też sikać pod prysznicem. Tak robi Jordan, robił Gandhi a nawet King Kong. Nie wierzycie to obejrzyjcie sobie filmik na Toaletowo.

Zestaw przy zmywaku do odzysku wody...
Mam nadzieję, że nie spłukujecie wody np. po wyrzuconych wacikach, petach albo innych drobiazgach!? Litości!

Standard i zdrowy rozsądek to także włączanie pełnej zmywarki czy pralki. 

Biurowo/domowy standard - używanie przez cały dzień tej samej szklanki/kubka. Nie jesteś już leniem lub brudasem. Jesteś ekologiem!

Wodę do kwiatków natomiast uzyskujemy przelewając do butelek wodę z mycia owoców i warzyw, płukania kasz czy tak jak dzisiaj "namaczania" marchewek na sok. Taka woda ma też sporo mikroelementów, które wzbogacają ziemię. Tak sobie myślę. Póki co kwiaty nie protestują. 

Gdy w ten sposób jak powyższy oszczędzam wodę dla planety, myślę sobie, że ktoś powinien nakręcić Dzień Świra o natręctwach ekologów... Może ten film dokumentalny No Impact Man jest właśnie takim filmem? Wiecie, że Colin z rodziną kąpali się raz w tygodniu i to w taki sposób, aby wykorzystać wodę po poprzedniej osobie? Nasze "szaleństwo" to mycie podłogi w wodzie po kąpieli Małej a następnie spłukiwanie nią sedesu...

 

 

Co jeszcze możemy zrobić wg naszego przewodnika.


Brać chłodny prysznic (zdrowszy i pobudzający z rana) - to zdecydowanie skróci jego trwanie.

W restauracji prosić o wodę z kranu zamiast butelkowanej (do produkcji 1 litra wody w butelce trzeba 3-4 litrów wody, no i te tony butelek zalegających na wieki). Na to muszę się dopiero odważyć. Ciekawe, czy mi policzą za to normalnie?

Do picia wybierać wodę zamiast "kupnych" soków czy napojów, których wpływ na środowisko jest dużo większy, ponieważ podlegają obróbce chemicznej i składniki do nich są często transportowane na duże odległości.

Nosić ze sobą butelkę wielokrotnego użytku i zachęcać do tego innych.
Kończąc więc zachęcam Was do tego, a nawet zostawiam namiar na 10% zniżki do końca kwietnia na dizajnerski i ekologiczny gadżet - butelkę z filtrem firmy Waterbobble, który pozwola Wam "uzdatniać" kranówkę, jeśli nie akceptujecie jej smaku. Ja planuję jej zakup - dla siebie i Małej. Gorące dni nadchodzą i sprzedaż plastiku znów poszybuje w górę. Może więc mały sabotaż trendu?

U Zielonej zniżka i testy produktów tegoż producenta. A może rozważycie zakup domowych dzbanków z filtrami? 






piątek, 12 kwietnia 2013

Czwartek - energia

W czwartek mieliśmy ograniczyć używanie energii elektrycznej.

Przy czym, jeśli ktoś śledził nas od niedzieli to wie, że rozpoczęliśmy już w niedzielę z wysokiego C i od samego początku w ruch poszły świeczki, rezygnacja z windy, suszarki, itd. Lodówka, pralka, płyta grzewcza i czajnik zostały nieruszone. Nie byliśmy w stanie pójść aż tak daleko. Tym bardziej chylę czoła przed Colinem i jego żoną, którzy przez rok żyli w mieszkaniu bez prądu (z wyjątkiem na laptopa, na którym prowadził blog) i prali ręcznie wielorazowe pieluchy 2-letniej córki, na które przerzucili się przez rozpoczęciem ekperymentu (przy dużym sprzeciwie żony).

Zaczęliśmy zatem w niedzielę, a wczoraj miałam już dość. Akurat w dniu bez energii oszukiwałam najwięcej. Miałam kryzys braku światła i zapalałam je wieczorem tam, gdzie mi było potrzebne. To właśnie ciemność przeszkadza najbardziej przy oszczędzaniu prądu. W poprzednich dniach był jednak tego plus - wcześniejsze chodzenie spać. Normalnie jest za dużo rzeczy do zrobienia, żeby tak po prostu iść spać a bez światła to jednak najlepsze rozwiązanie. 

Oszukiwałam ze światłem, ale nie poddałam się na wszystkich frontach.

Do ciemności w lodówce powoli się przyzwyczajam, chociaż nocne zaglądanie do niej jest zupełnie bez sensu... 

Wyłączyliśmy zegar na panelu od piekarnika - to z nowości, bo wszystkie inne opcje stand-by są wyłączone od dawna (sprzęt muzyczny, nawilżacz powietrza, radio w kuchni). 

Nadal biegamy po schodach. Chociaż wjechałam też z wózkiem na górę, bo Mała spała i nie chciałam jej budzić. Ale z sąsiadem korzystając z furtki "liftpoolingu", którą wymyśliłam zawczasu.

Nie oglądamy telewizji. To akurat od kilku miesięcy. Zrezygnowaliśmy z niej nie dlatego, że NIC w niej nie ma, tylko dlatego, że my oglądaliśmy WSZYSTKO i uwielbialiśmy to. Ja jeszcze w ciąży odkryłam, że telewizja śniadaniowa świat mi tak pięknie przybliża i tłumaczy. To z niej dowiedziałam się m.in. od zaproszonych ekspertów, że jak sie jest np. modelką (!) lub uprawia się inny zawód z nienormowanym czasem pracy to łatwiej łączyć karierę z macierzyństwem... Od p. Jacykowa wiedziałam natomiast jak z szykiem ubrać się na wiejskie wesele oraz kiedy chirurg plastyczny odmawia operacji, oczywiście pomijając powód posiadania zbyt małej gotówki. Nic nie zmyślam. Oglądałam to i gdybym miała wciaż telewizję oglądałabym dalej. 
Kolega zachwala mi programy TVP Kultura i Historia jako argument za posiadaniem tiwi. Gdybym tylko do nich kiedyś dotarła, może bym i za nimi tęskniła... Dla mnie jednak pop-papka była wystarczająco treściwa. 
Telewizji zatem nie mamy. Za Prokopem i Wellman tęsknię, ale za wiadomościami w ogóle! 
Czy mam więcej czasu? Tak. Na Internet. Choć myślałam, że będzie na książki... To koniecznie muszę zmienić!

Ciekawy fragment bloga Colina dotyczący telewizji i jego córki:
Ponieważ w ramach naszego Eksperymentu No Impact zrezygnowaliśmy z elektryczności, nie mamy również telewizora.
W zeszłym tygodniu ktoś mnie zapytał, jak w takiej sytuacji zabawiamy Isabellę. Przypadkiem tego właśnie dnia mój przyjaciel Mayer, któremu pomagam na działce, zadzwonił i powiedział, że w jego ogrodzie pojawiły się świetliki i żebym w związku z tym przyprowadził o zmroku Isabellę. Zatem poszliśmy, a kiedy wokół nas krążyło z sześć świetlików, Isabella nagle popatrzyła na mnie i powiedziała „Tato, jestem taka szczęśliwa”. Telewizja nigdy nie wywoła w niej takiej reakcji.
Blog No Impact Man, 19.07.2007
Fragment tej scenki widać zresztą w zwiastunie filmu o ich eksperymencie. 

Mała eM ma dopiero rok, więc bajek jeszcze nie ogląda, ale gdy włączam sobie na laptopie serial (głupi serial, nie żaden klasyk z serii Mad Men czy coś) ona też jest zainteresowana i razem sobie patrzymy. Czasem wydaje mi się także, że ona bardzo chciałaby obejrzeć kolejny odcinek więc ja nie mając nic przeciwko włączam kolejny... W dniu bez energii serialu nie było! Bawiłyśmy się wspólnie na podłodze. Czy eM odczuła różnicę? Może... A może zastanawiała się co nowego u pięknych bohaterów naszego serialu... Trudno powiedzieć.

Cały tydzień nie włączamy sprzętu grającego (ja) i radia (Pio). To akurat bardzo boli, choć włączamy coś wieczorami z jutiuba, gdy pracuję na laptopie. Cisza też jest ciekawa. Trzeba się zmierzyć z własnymi myślami. Na przykład z natrętnym pytaniem, czy to co robimy ma w ogóle sens?
Dziś znalazłam taką pocieszną grafikę, więc ją wkleję ku własnemu pocieszeniu. W sumie ekologię można zastąpić każdą inną dziedziną, z którą się zmagamy.  Nie dajmy się więc złamać zwątpieniu, tylko róbmy "małe" swoje.


Mi dodaje otuchy także obecność innych. Gdybyście chcieli poczytać ich relację z innego tygodnia to poniżej wklejam linki:


środa, 10 kwietnia 2013

Sroda - jedzenie i wolontariat

Wczoraj nie napisałam o jeszcze jednym temacie, którym mieliśmy się zająć. Mianowicie wolontariatem. 

Cieszę się, że ta kwestia też została poruszona w tym Tygodniu, innym niż wszystkie. Moim zdaniem nie wywieranie negatywnego wpływu na środowisko z jednoczesnym wywieraniem pozytywnego na swoje otoczenie świetnie do siebie pasują.

Przewodnik zachęca do wzięcia udziału w jednym z zaproponowanych wydarzeń. Wachlarz opcji jest szeroki: od małych kroków jak np. podpisania petycji, która odpowiada naszym przekonaniom przez wspomożenie Banków Żywności po wsparcie finansowe jakiejś organizacji. Chętnych do zaangażowanego działania odsyła do Centrum Wolontariatu, które gromadzi mnóstwo informacji na ten temat i pozwala dostosować czyjąć chęć z potrzebą drugiego. Jest nawet opcja dla tych, którzy nie mają za wiele czasu, mianowicie e-wolontariat. Dla mnie nowość. Chodzi o wolontariat zdalny, przy tłumaczeniach, pisaniu artykułów, tworzeniu grafiki, robieniu zdjęć, itp.

Jeśli chodzi o mnie, to chciałabym napisać, że nie mam czasu na wolontariat, bo mam dziecko, męża, górę prania, zmywania i metry podłogi do mycia. Ale pewnie każdy kto ma więcej na głowie (jak choćby więcej dzieci) popatrzy na mnie pobłażliwie. W końcu rzeczywiście dziecko jest jedno, do tego bardzo miłe i zdrowe. Wiem, że nie będę miała już tyle czasu co kiedyś, ale wiem też, że mogę mieć go przez kolejne lata jeszcze mniej. Może więc warto, żebym coś zagospodarowała także dla innych?

Moją wersją tego zadania jest zatem postanowienie zwielokrotnienia odwiedzania pewnej starszej znajomej z którą zaprzyjaźniłam się jeszcze przed maturą. Jest to samotnie mieszkająca (ale pod czułą i czujną opieką córki) Pani w podeszłym wieku, która z domu wychodzi kilka razy w roku a mimo to nie traci pogody ducha, ma poczucie humoru i jest na bieżąco ze wszystkimi informacjami z kraju i ze świata. Skarbnica wiedzy i historii sprzed, w trakcie i powojennych. Prawdziwa księga do czytania. Jak to piszę to sobie uświadamiam, że głupia jestem, że tak rzadko ją odwiedzam. Tak! Postanawiam oficjalnie robić to częściej. I być może będzie to najlepszy nawyk, jaki mam nadzieję utrzymać po tym tygodniu.

Przewodnik zachęca tych najbardziej ambitnych do samodzielnego zorganizowania jakiejś inicjatywy.

W tej kwestii podzielę się tylko taką refleksją, że rzuciłam kiedyś pomysł (mailem i na FB) na pomoc materialną dla potrzebujących pań i... odzew był zaskakujący! Otrzymałam maile ze słowami wsparcia, pomysły do działania, aktywną pomoc w organizacji zbiórki, pieniądze i mnóstwo rzeczy materialnych. Od niektórych osób nie spodziewałam się odzewu więc byłam tym bardziej zaskoczona. A wystarczył jeden mail. Było to niesamowite przeżycie, bo okazało się, że wystarczyło wyciągnąć rękę z prośbą o pomoc by już za chwilę zobaczyć wiele zwróconych w moją stronę gotowych do pomocy udzielania. Polecam wszystkim taki kop optymizmu i wiary w drugiego. Jeśli więc zastanawiasz się czy coś organizować to przestań dłużej się niepokoić i po prostu zrób to. 

I ostatnie zdanie w tym temacie to przekazanie Wam zaproszenia, które sama otrzymałam od Magdy K. do wzięcia udziału w Kiermaszu dla Lucka, czyli psiaka, który potrzebuje na leczenie. Pomysł na pomoc jest bardzo fajny, bo polega bądź na podarowaniu jakiegoś przedmiotu na licytację (wszystko w ramach FB), bądź na licytowaniu wystawionych już przedmiotów. Więcej o tym, w tym zdjęcie Lucjana, poniżej. Można między innymi wylicytować tam jedno z cudnych stworzeń - Eko misi, które robi Magda.

Apetyczna Środa (wielka litera nieprzypadkowa)


A teraz przydałoby się napisać o jedzeniu. Lokalnym i sezonowym, bo tylko takie jest prawdziwie przyjazne środowisku. Nie wymaga transportu z końca świata czy dodatkowych ilości spryskiwań, aby niedojrzałe owoc/warzywo mogło po kilkunastu dniach wylądować "świeże" i najczęściej opakowane w plastik na naszym talerzu.

Temat jest bardzo ciekawy i szeroki. Opisywałam go zresztą w cyklu Na straganie. Jeśli znajdziecie czas to odsyłam bezpośrednio:

My od kilku miesięcy staramy się jeść warzywa i owoce lokalne i sezonowe, dodatkowo kupowane bezpośrednio od rolników. Ponadto, ja powoli odstawiam mięso. Na czas eksperymentu (a może dłużej) kawę, herbatę. Jakie są wnioski? Na pewno jest dużo taniej (nie kupujemy papryki, pomidorów, bananów, itd.). Jest zdrowiej. I o dziwo, jest sporo urozmaicenia w potrawach bo, aby nie jeść kilku rzeczy na krzyż szukamy ciągle nowych przepisów. Ale jest też trudniej i chyba jeszcze mocniej niż wszyscy odczuwam potrzebę lata i jesieni z ich bogactwem roślin.
dynia w zalewie
Konkrety dnia dzisiejszego to: 
śniadanie - kasza jaglana z jabłkiem i mrożonymi jagodami (danie wspólne z Małą eM)
obiad - kasza gryczana niepalona ze smażonymi na oleju rzepakowym pieczarkami, cebulą i czosnkiem plus marynowana dynia produkcji rodzinnej
kolacja - kanapki z pesto z pieczonych buraków z własnym szczypiorkiem (przepis tu)

Plus zdjęcia jedzenia. Prawie jak z Kwestii Smaku :-))))))))))))))))))))

turbo lokalne warzywa



kasza














A swoją drogą wszystkich chętnych Warszawiaków zachęcam do zakupów w tę sobotę (13 kwietnia) w Koneserze na Ząbkowskiej w ramach akcji Uratuj rolnika. Oprócz "normalnych" rolników jest tam także "nienormalne" stoisko z certyfikatem ekologicznym, gdzie dostaniecie najtańsze w Wawie produkty z certyfikatem. Sprawdzone przeze mnie; póki co taniej nie znalazłam.

A najważniejsze w kwestii jedzenia to być dobrym dla własnego organizmu i nie przejadać się. Prawda Ryan?



wtorek, 9 kwietnia 2013

Wtorek - transport

Dzisiaj dzień pod wezwaniem ograniczania zanieczyszczeń związanych z transportem. Plus poprzednie zadania: ograniczanie konsumpcji i ilości odpadów.

Zacznę zatem od odpadów (organiczne pomijam). Doszły nam:
- opakowanie po biszkoptach - bez problemu mogę z nich zrezygnować
- opakowanie po chusteczkach - można zamienić na chusteczkę bawełnianą; mam jeszcze takie z haftem od babci. Argument o niehigieniczności takiego rozwiązania odrzucam, bo moje papierowe chusteczki "higieniczne" potrafią tygodniami tkwić w moich kieszeniach (ratując mnie zresztą wielokrotnie z gilowych opałów).
- opakowanie po ryżu preparowanym - aktualnie nie mogę zrezygnować, bo Małe eM go uwielbia...
- maszynka do golenia - pomijając opcję, że można jej nie używać następnym razem kupię taką, do której wymieniać będę tylko ostrza.

Śmieci, których nie wygenerowałam to m.in. waciki do zmywania makijażu. A miałam dziś wyjście więc twarz sobie namalowałam, to i zmyć ją trzeba było. "Wacików" używam wielorazowych (z bambusa), które piorę z rzeczami Małej w kulach. Prać je trzeba koniecznie w jakimś woreczku, bo mają tendencję do jeszcze szybszego trafiania do nibylandii, czyli krainy, gdzie znajdują się zagubione w praniu skarpetki wszystkich z nas. Póki co zniknął mi jeden z kompletu. Wielo-waciki można kupić w necie, można zrobić samemu chociażby z tetrowej pieluchy. Gdy mi się kończą podkradam też bambusowe myjki Małej (używam ich zamiast nawilżanych chusteczek) - w końcu jej pupa i tak jest delikatniejsza od mojej buzi. Takie myjki też można zrobić z tetry, nie trzeba zaraz kupować specjalnych. Ale jak się jest w szale zakupów w oczekiwaniu na pierwsze dziecko to i myjki się kupuje... W każdym razie sam pomysł polecam!


A teraz o transporcie.


Moja piękna córka pragnąca zachować anonimowość...

     Oczywiście ideą jest rezygnacja z auta a ideałem przerzucenie się na rower. Wybrałam póki co coś pomiędzy, czyli transport publiczny. Niby prosta sprawa i żadna odkrywcza, ale wygodne przyzwyczajenia ciężko wyrugować z życia. Tydzień inny niż wszystkie jednak zobowiązuje, więc podjęłam wyzwanie i ruszyłam dziś z Małą do lekarza komunikacją. Wizyta była kontrolna, więc nie wymagała paniki. W panice pojechałabym nawet Hammerem nie patrząc na nic! 

    W Warszawie podróż z wózkiem jest łatwiejsza autobusem niż tramwajem z tego względu, że większość z nich jest niskopodłogowa i prosić nikogo o pomoc nie trzeba. Dzisiaj jednak czekała mnie podróż tramwajem. Sprawdziłam więc o której przyjeżdża niskopodłogowy i nawet na niego zdążyłam. Nie bolało. 
W drodze powrotnej męska pomoc była już niezbędna, ale udało się ją znaleźć. Wyprawa udana a lody przełamane. 

    W sumie to wiem, że nie ma się czym ekscytować. Wiele osób po prostu nie ma auta i nie robią z tego eko szopki. Nie mówiąc o tym, że podróżowanie komunikacją jest bardzo często szybsze i tańsze. W każdym razie każdy powód jest dobry, aby auto zostawić w spokoju. Nawet walcząc z własną wygodą.

Z powodu korków i robót drogowych w dużych miastach 13% osób spędza w samochodze codziennie ponad godzinę dłużej (!), 18% od pół godziny do gdoziny, a blisko połowa z nas traci każdego dnia do pół godziny
 Badanie "Barometr Ubezpieczniowy Link4" przy współpracy Polskiej Izby Motoryzacji, styczeń 2012

 Słyszałam też, że osoby podróżujące komunikacją (nie mówiąc o rowerzystkach/ach) są szczuplejsze niż jeżdzący autem (co w ogóle nie dotyczy takich osób jak np. Kamil B.). Też w sumie banał, ale zawsze kolejny argument za zmianą nawyków. Lepiej spalać kalorie niż paliwo - jak głosi hasło przewodnie mojego przewodnika na ten tydzień.  

A wiecie jak wygląda podróż Piotrka do jego pracy oddalonej od mieszkania o 27 km? Wersja najszybsza to: tramwaj/rower/skuter do Dworca Zachodniego, stamtąd pociąg i na koniec łapanie autostopa. Jest też opcja, tramwaj-metro-autobus-autostop lub samo auto, ale to wersja na bogato, bo w korkach taka podróż w obie strony kosztuje pewnie ponad 20 PLN. 

w tramwaju wszyscy w żałobie...
potem pociąg (zdjęcie z autostopu jutro)




















Aaaaa, jest jeszcze kolejny plus podróżowania komunikacją: można w czasie podróży czytać, co w domu mi bardzo ciężko przychodzi przez wszelkie obowiązki (czytaj: siedzenie w Internecie). A jak ktoś nie lubi czytać to gapienie się na ludzi też jest fajne. W metrze to zostaje tylko gapienie się, tak ciasno jest w godzinach szczytu...

Na miłe zakończenie wątku transportowego Ryan. Wiecie, że kiedyś uratował on Brytyjkę, która w Nowym Jorku nie w tę stronę patrzyła na pasach i prawie wpadła pod nadjeżdżającą taksówkę? Prawie. ON ją złapał i uratował. Jak pisała później na Twitterze, nie powiedział wcale Hey Girl, ale Hey, watch out. Nieważne, i tak pewnie zabrzmiało jak I love you.