Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JEDZENIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JEDZENIE. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Nie chcę, nie chcę z kiełbasą! czyli Masłowska wegetarianką*

     Kto na bieżąco z popkulturą, ten w tytule tego posta odnajdzie początek piosenki Doroty Masłowskiej "Hajs" z płyty "Społeczeństwo jest niemiłe". O płycie słyszeliście pewnie dzięki teledyskowi do "Chleba". A jeśli nie znacie żadnego z tych tytułów, to sobie popatrzcie i posłuchajcie. Przed oglądaniem zróbcie tylko kilka skłonów mózgu, bo to nie są utwory na nierozgrzany organ.

     Kto się nie załapał na fascynację Masłowską przy jej polsko-ruskim debiucie, ten ma okazję teraz, kiedy o niej po raz kolejny głośno za sprawą "Chleba" właśnie. 
   Moja fascynacja zaczęła się od filmu i felietonów w Zwierciadle. Na pewno nie od debiutu. Wtedy uznałam, że zanim zacznę czytać dresiarską powieść dziecwczyny w moim wieku to lepiej zgłębię klasykę, Homera, Dantego i Tołstoja. Poza tym, pamiętam, że obok mody na czytanie Masłowskiej była też moda na nieczytanie Masłowskiej... No więc tak czy siak w jakiś tam trend się wpisywałam, co na pewno było wtedy dla mnie ważne.
  
    Od debiutu minęły lata, klasyki nie zgłębiłam, przestałam czytać prawie wogle, za to dojrzałam do Masłowskiej. I wpadłam w jej dziwny świat po uszy. Coprawda jej Wojna... nadal leży obok mego łóżka i czeka aż zacznę znowu czytać. Dodatkowo zaś do kolekcji jej niezgłębionych przeze mnie dzieł (pisałam o tym kiedyś tu) dołączyła także sztuka Dwoje biednych Rumunów w Teatrze Studio, na którą bilety sprzedać musiałam, gdyż iść nie mogłam.

    Jako psychofanka nadal jednak uważam, że byłybyśmy świetnymi przyjaciółkami. Ona by mi imponowała byciem Dorotą Masłowską, a ja tym, że mam fejsbuka, pracę w korporacji i kiedyś czytałam książki. 
Tymczasem, musi mi wystarczyć moja zwykła przyjaciółka, z którą lubię jeść prażynki podczas oglądania telewizji. Ona też urodziła się 3 lipca, więc to kolejny znak, że mogłyby się z Masłowską zamienić miejscami na zakruszonej kanapie. Lub usiąść między nami, żeby tamtej nie było przykro.

     Do rzeczy jednak. Skąd Dorota M. w moim cyklu mięsnym? Z powodu jej talentu oczywiście. Swego czasu pisała do Zwierciadła felietony o jedzeniu z pęknięciem, czyli raczej o suchych drożdżówkach z budyniem niż o krewetkach z chorizo pod kruchym ciastem. W tekstach podawała przepisy na różne kulinarne sytuacje (nie dania). To przez nie, trzymam kilkanaście kilogramów Zwierciadła w salonie miast postawić doniczki z paprocią. Pamietam jak dzwoniłam do Pio, żeby czytać mu najlepsze akapity tych tekstów. Pamiętam też, że on ich aż tak nie przeżywał. Nie każdemu widać dane bycie psychofanką. Inni obdarowani zostali miłością do NBA i nie ma się co obrażać, że ktoś lepszy czy gorszy z tego powodu.
   Jeden z felietonów Masłowskiej to Króliczek. Rzecz o wegetariańskim olśnieniu, w którym autorka mierzy się ze swoją niechęcią do zjadania zwierząt przy jednoczesnym mięsa spożywaniu. Czyli śliski chleb powszedni osób, którym mięso czasem staje w gardle.
       
     Felieton przywołuję z kilku powodów:
- pisze go osoba jedząca mięso, nie ma więc mowy o wywyższaniu się nad mięsożercami,
- pisze to błyskotliwie,
- puenta felietonu nokautuje i tylko po to, żeby nie psuć Wam zabawy nie umieszczam jej w tytule,
- spisując go tutaj jest szansa, że autorka dowie się o mnie i zażąda hajsu za prawa autorskie, co odbiorę jako chęć zostania moją przyjaciółką. Jestem na to gotowa!



Osiołek, kot, świnia i kanapki ze zwierzętami za hajs

 

Króliczek 

Dorota Masłowska, felieton kulinarny, Zwierciadło, luty 2013.



Rzeczy przygotowane przez rodziców traktuję z należną im nabożnością, zabobonną wręcz wiarą w ich szczególną odżywczą dla ciała i ducha moc. Tym razem jednak nie mogłam, nie potrafiłam; choć wykwintna tkanka zwierzęca marynowana w ziołach i eliksirze matczynej miłości od wielu dni na nasz przyjazd dymiła przejmująco i rozsiewała sugestywne aromaty. Choć widziałam, że partner posiadający więcej skrupułów, niemogący pozwolić sobie na szastanie kredytami zaufania teściowej – może nieco wolniej i z większym namysłem niż zazwyczaj, ale je, i że dziecka, pozornie wrażliwszego na takie niuanse, też nie trzeba dwa razy namawiać, i choć wiedziałam, że wieloletnia znajomość z własną matką, która przetrwała przecież niedaną burzę, tej jednej akurat może nie przetrwać, to tylko międliłam widelcem w ziemniakach. 

Najwięcej przyczyniło się do tego bez wątpienia konsekwentne nazywanie przez mamę mięsa „króliczkiem”. Użycie tego słowa, ze względu na pewną filigranowość wypełniających półmisek członków, w jakiś sposób trafne, z różnych innych względów było druzgocąco niefortunne. „Króliczek” niby magiczne zaklęcie w ciągu paru chwil zamienił gorący półmisek w zaparowaną trumienkę, w której wśród uwiędłych witek rozmarynu i tymianku przewalały się drobne członki, łapki, fragmenty wiotkiego korpusiku. Zaś moje usta – w zdrewniały, suchy organ nadający się wyłącznie do szeptania: „Nein, nein, nein” i bolesnego przełykania śliny. 

Nie powinnam produkować się na temat moralnych aspektów jedzenia bądź niejedzenia tkanek zwierzęcych: w tej kwestii jestem typową obłudniczką, wzorcem z Sevres konsumpcyjnej dwulicowości: wiem doskonale, że okradnie innych istot żywych z ich ciał nie jest fair, zwłaszcza że zazwyczaj jest to kradzież ze szczególnym okrucieństwem. Mimo to mój mózg zawsze znajdzie parę gałęzi i jesiennych liści, by prawdę o genezie smacznego posiłku przed sobą zatuszować, ukryć. Co więcej, jako osoba wrażliwa do swobodnego przełykania ciał braci mniejszych potrzebuję jeszcze, by były one jednorodną byłą lub masą, niezdradzającą szczegółów dawnego życia, śladów, że tą masą jednak jeszcze niedawno nie były. By zamazać wszelkie pozostałości podmiotu, który swojego czasu tym ciałem zawiadywał, choć najprawdopodobniej tylko zawiadywać rozpaczliwie usiłował. Nagłe pojawienie się w przestrzeni niefortunnego słowa „króliczek” przywróciło niespodziewanie apetycznej masie apatyczną twarzyczkę. 

Obnażając tę charakterystyczną dla naszej cywilizacji schizofrenię, schizofrenię rozpiętą mniej więcej między kanałem Disney Junior, gdzie rozkoszne wielomówne zwierzątka brykają po fosforyzującej trawie, posiadając złożone osobowości i nietypowe hobby, a industrialnymi rzeźniami, gdzie zwierzą eta ledwie żywe, ale ciągle wystarczająco żywe, by móc je zabić i sprzedać, zabijane są na sposoby, o których nie mają pojęcia nawet twórcy „Piły 10”. Między roześmianą, machającą do nas kopytkiem świnką na witrynie sklepu, przez którą widoczne są również zwały łopatki i szynki w chłodziarce, między zwariowanym kogucikiem a etykietą, na której zachęca nas do spożycia pasztetu ze swoich wnętrzności. Między ubraniami Burberry dla psów a ich truchłami, które potrącamy na szosie. Tedwa dość skrajnie odmienne sposoby funkcjonowania zwierząt w naszym świecie nie powinny się nigdy spotykać, nigdy o siebie nawet ocierać, jak rozwiedzeni rodzice. A jednak czasem dochodzi do niepokojącej konfrontacji, która nie może nie być kolizją. W swoich listach czasem zwierzacie mi się, że jeszcze nigdy nie przeżyliście nawet cienia podobnej skruchy, jeśli chodzi o jedzenie mięsa. Spróbujcie więc mojej metody, o pomoc musicie poprosić jednak waszych rodziców!

WEGETARIAŃSKIE OLŚNIENIE
Składniki: 1 posiłek o charakterze mięsnym;
1 rodzic.

Należy wpaść do rodzica na przygotowany przez niego posiłek. Uwaga, największą siłę rażenia uzyskamy przy mięsie stworzenia budzącego pozytywne i ciepłe skojarzania! W kulminacyjnym momencie rodzic powinien nagle zacząć nazywać potrawę pieszczotliwe, czule, nie szczędząc deminutywów (sarenka, jelonek, konik), beztrosko komponując je z superlatywami zwyczajowo stosowanymi w stosunku do jedzenia (przepyszny, wyborny, aromatyczny). Podczas posiłku może dojść do nadszarpnięcia dobrych relacji z rodzicem, w ekstremalnych przypadkach – nawet do konfliktu. Pocieszająca jest niska kaloryczność potrawy – nietknięta ma około zera kalorii. Opisywane przeze mnie olśnienie jest, niestety, krótkotrwałe – działa około doby. Jeśli znacie metody na przedłużenie olśnienia, przysyłajcie je na adres: jestemtakawrażliwa!@ajednakciaglejemmieso.pl. Na najlepszy przepis czekają cenne nagrody!

*na chwilę

sobota, 29 marca 2014

Skąd się bierze mięsko? - motywacja nr 1, cz. 1

Babe - świnka z klasą. Nad Renem.

    Skąd się bierze mięsko? Czyżby z małych, słodkich świnek?
   Nie, to by było mało opłacalne. Jeśli już, to z dużo brzydszych i bardzo rozrośniętych macior bez klasy.

   Przede wszystkim jednak to mięsko bierze się ze sklepu - to po pierwsze. 

   I po ostatnie. To, co działo się  z nim wcześniej, odebrałoby nam apetyt, więc o tym nie myślimy.

   Nie myślimy, nie myślimy, nie myślimy...

   A im bardziej o tym nie myślimy tym uporczywiej na powierzchnię świadomości przebijają się strzępki rozmów, materiałów filmowych, może zdjęć z rzeźni. 

   RZEŹNIA. RZEŹNIA. RZEŹNIA.

  Już samo to słowo potrafi rzęzić metalowo w mózgu.

U pasztetowej w witrynie już wiosna. Praga.

  No dobra, nie jesteśmy już dziećmi i rozumiemy związek pomiędzy świnią a kotletem. Wiemy, że na kotleta świnię trzeba ubić i że Prosiaczek i pulpet mogą mieć ze sobą dużo wspólnego.

  Gorzej jednak, że jako konsumenci jesteśmy traktowani trochę jak dzieci, które tych różnić nie widzą. I bardzo nam z tym wygodnie. Z etykiet uśmiechają się często świnie a z pasztetów oko puszczają kurczaki. No w sumie przetwory mięsne są produktem, więc trzeba je dobrze sprzedać i opakować. Nic zaskakującego.

  Zaskakujące jednak, że przez ostatnie dziesiątki lat to także zwierzę stało się produktem. Czyli rzeczą. Nie każde oczywiście. Tutaj jest zupełnie niesprawiedliwie jak w ludzkim świecie - jedno rodzi się kotką Lagerfelda albo miłością Hrabala, inne dziko żyjącym wilkiem a jeszcze inne mięsnym jeżem. Jedno uważamy za ikonę, przyjaciela a drugie nie zasługuje na jakiekolwiek poważanie. Dlaczego?

Tym zwierzakom się udało. Hrabal i jego miłości. Praga



   Im więcej mięsa zaczęliśmy jeść, większym biznesem się to stało i coraz efektywniej zwierzęta trzeba było hodować i zarzynać, tym większą przepaść pomiędzy zwierzęciem, kotletem a jego zjadaczem poczyniono. Może związek przyczynowo-skutkowo gdzieś tam nam majaczy nad talerzem, ale na tyle lekko i nieprzejmująco, że łatwo go zajeść. 

   Uważam, że nasza równie wypasiona cywilizacja zachodnia jest przekarmiona mięsem. A jego nadmierne spożycie (codziennie, kilka razy dziennie?) prowadzi do zwiększenia produkcji i coraz gorszych sposobów jego pozyskiwania. Z jednoczesnym wypieraniem z naszej świadomości niewygodnych faktów, przy których kontrowersyjny ubój rytualny zdaje się być w swej skali marginalny.

  I nie uważam, że nie powinno się ich zabijać na pokarm (to też temat na osobny tekst). Uważam natomiast, że nie zasługują na przemysłową hodowlę i fabryczną rzeźnię. Na życie, którego jedynym celem jest wypasione zdychanie.

   To właśnie moja motywacja główna. Nie chcę jeść zwierząt. Bo jest mi ich żal, mimo, że to głupie krowy, śmierdzące świnie i bezmyślne kurczaki. Nieuciekające kurczaki...

   I co więcej, uważam, że Tobie też jest ich żal. I, że masz w sobie dużo współczucia dla zwierząt. I że też nie chcesz takiego ich traktowania i że nie potrzeba Was raczyć żadnymi filmami, a jedynie delikatnie zachęcać do drobnych zmian. O nich wkrótce.

  
 Czy umiesz zabić to, co zjadasz?
 
     Nigdy nie obejrzałam intencjonalnie żadnego "filmiku" z rzeźni; czasem jednak jakieś medium uraczy mnie ich urywkiem, zdjęciem, migawką. Nie chcę tego oglądać i nie mam wcale zamiaru raczyć Was czytelnicy takimi obrazkami.

   Nie mniej nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się niesamowitym filmem, w którym 21-letnia Australijka zadaje sobie banalne pytanie Could You Kill What You Eat?

  Pytanie banalne, odpowiedź większości też: oczywiście, że nie.

  Tymczasem to 21-letnie "dziecko" o niewinnej twarzy, które w sklepie nie jest w stanie nawet rozróżnić czy "tacka z mięsem" pochodzi od krowy czy kangura, postanawia zmierzyć się z zabiciem ryby, ptaka i wreszcie ssaka.

  To nadal nie wszystko, bo chce od początku do końca oprawić dane zwierzę, następnie je ugotować i celebrować wspólny posiłek z rodziną czy przyjaciółmi, jak to zwykle robi.

  Od razu Was uprzedzę, że to dziecko zrobiło to wszystko, aby na końcu zmienić pytanie z "czy ja mam ochotę to zjeść" na pytanie "czy mam ochotę to zabić?" i konstatację, że smak mięsa pozostaje ten sam, ale smakuje zdecydowanie inaczej.

  Film zawiera umiarkowanie drastyczne sceny i nie ma miejsca w przemysłowej ubojni. Nakręcony jest w formie dynamicznego reportażu z lekkim podkładem muzycznym, bez szczególnej misyjności; rzekłabym wręcz, że jest lajtowy. Jest na prawdę wyjątkowo ciekawy i bardzo zachęcam do obejrzenia.




  
  W kolejnym odcinku o motywacji nr 2, czyli dlaczego wegetarianie nie muszą oszczędzać wody. 

  A na koniec trochę wegetariańskiego hip-hopu. Zarówno wszyscy (!) panowie z zespołu jak i etiopska królowa mięska nie jedzą. 




























sobota, 22 marca 2014

Rzucając mięsem - wstęp


   Kto mnie zna, ten wie, że mięsem rzucam bardzo rzadko. Przy sytuacjach spod znaku wielkiego wnerwu i bezsilności. I w zaufanym towarzystwie. 

   Tym razem jednak postanowiłam rzucać mięsem publicznie - na blogu. 

  Niniejszym otwieram nowy cykl wpisów na temat mojego krętego odchodzenia od mięsa, wszystkich trudności z tym związanych, odkryć, zwrotów, inspiracji, zagadnień etycznych, zdrowotnych, ekologicznych, wszystkich dyskusji i zarzutów, które ta sytuacja prowokuje, czy w końcu wyzwań dnia codziennego. A wszystko z perspektywy człowieka, który prawie 30 lat z wielkim smakiem zajadał się mięsem. Moje dzieciństwo wszak ma smak spyrek, pysznej kiełbasy robionej przez wujka, pasztetu maści każdej. Samo hasło MORTADELA otwiera strumień wspomnień z dzieciństwa, którym chętnie popłynę, jeśli ktoś zechce słuchać.

  Skąd więc nagły zwrot? No właśnie to zbyt rozległe, wielowątkowe i zmienne, aby ująć nawet w najdłuższym tekście. Stąd pomysł cyklu a dziś do niego wstęp.
 

  I to nie jest cykl dla wegetarian, tym bardziej wegan. To cykl dla mięsożerców, którzy nie mogą żyć bez mięsa, ale gdzieś tam w tyle głowy czasem błądzi im myśl o rzuceniu tego świństwa. Wołowiństwa, kurczakiństwa a nawet śmierdzącego rybska. Te teksty są dla Was, jeśli chcecie najpierw przeczytać, co Wam grozi i co Was czeka. Bez ściemniania jak super jest bez mięsa żyć.

  Jako wstęp najpierw przedstawię swój status. Otóż mięsa unikam od roku.

  I jest to chyba najlepsze określenie mojego stanu. Czasem mówię, że ograniczyłam mięso o 98 % rok do roku, bo nie ma jednego określenia na moje krętactwo. To jeszcze nie wegetarianizm, ale już też nie typowe mięsożerstwo. To stan skomplikowany. Pewnie jestem "za łatwa dla trudnych, a dla łatwych zbyt trudna". Nigdzie nie przynależę, ale w wieku w którym jestem to już żaden problem. Podążam po prostu za głosem serca swoją własną ścieżką, próbując gonić bezmięsnego króliczka bez łapania zająca, czyli karkołomnej porażki.

   A gdzie mnie ta droga doprowadzi tego też dziś nie wiem. I to też mądrość mojego dojrzale młodego wieku, aby za bardzo nie przyzwyczajać się do swoich światopoglądów. Może za rok skończę na diecie wysokotłuszczowej, a może jako weganka odmawiająca miodu? Dziś tylko wiem, że mentalnie bliższa mi ta druga opcja. Nie mam jednak pojęcia co po niej zostanie za rok. (Kogo interesuje Monika Strzępka lub po prostu współczesny polski teatr, polecam wywiad w "WO" z dietetycznym spektakularnym saltem w tle).

   Koniec wstępu. W następnym odcinku o motywacji. Zupełnie nieoryginalnej i zwyczajnej jak kiełbasa zwyczajna. 


       
    A na koniec piosenka. Jeśli ją znacie, to znaczy że również jesteście w dojrzale młodym wieku. I mam nadzieję, że też Wam z tym dobrze :-)




sobota, 8 marca 2014

Slow Food Youth Warszawa - vege 2nd B-Day


  
 Prawda, że skomplikowany tytuł?
 Okazuje się, że nie, jeśli lat ma się w okolicach dwudziestu...

  A o co chodzi? O drugie urodziny warszawskiego oddziału międzynarodowego ruchu Slow Food. Oddziału młodzieżówki nadmienię, bo w stolicy funkcjonuje także oddział niemłodzieżowy, do którego pewnie bardziej pasuję wiekowo, ale co tam!

  Ze Slow Food Youth zetknęłam się po raz pierwszy na żywo tu podczas dżemowania w domkach fińskich na Jazdowie. Teraz chętnie dołączyłam do świętowania ich rocznicy, zwłaszcza, że odbywała się pod hasłem vege. A kto mnie zna, ten wie, że od roku w tym kierunku płynę, aspiruję i się lansuję. Ale o tym kiedy indziej. 


   Celebrowanie miało miejsce na pl. Szembeka w Akademii Kulinarnej. Rozpoczęło się od krótkiego podsumowania działalności, zarysem planów na kolejny rok a następnie wstępniakiem Amelii, która od roku prowadzi wegańskiego bloga Vegeluv.org. Jej stronę będę dopiero zgłębiać; póki co korzystałam tylko z Jadłonomii, co mi zupełnie wystarczało, nie mniej osoba Amelii zdecydowanie zachęca mnie do sprawdzenia, co u niej.

    Planem na świętowanie było wspólne przygotowywanie wegańskich potraw w trybie konkursowym. Ja wylosowałam grupę "smalcu" z fasoli a moja towarzyszka A. grupę hummusu. I były to losy szczęśliwe, bo ja znałam tajemnicę dobrego smaku smalcu (dzięki Jadłonomii właśnie), natomiast A. dokładnie tego samego dnia w domu robiła swój pierwszy w życiu hummus i poszukiwała przyczyn jego niedoskonałości. I warsztaty przyniosły jej prostą odpowiedź. Jest nią: gotowa pasta tahini (czyli zmielony sezam z olejem sezamowym lub innym roślinnym).
   I nie pomyślcie sobie, że jest to informacja Wam zbędna. Hummus to teraz hit warszawskiej gastronomii. Hamburgery - osiągnęły już swoją dojrzałość w cyklu życia produktu i w ogóle nie pachną nowością. Sushi? Jedzą je już tylko ci, którzy naprawdę w nie wpadli po uszy przez ostatnie lata. Teraz, jeśli chcesz być w trendzie, zamawiaj hummus a tahini wplataj w rozmowę rónie swobodnie co kiedyś wasabi, sashimi i nori.

 
     Wracając jednak do konkursu to pierwszą nagrodę jury zdobył właśnie "smalec", który robiła nasza grupa. Przepis, który dostaliśmy na kartkach, uzupełniłam ziołami, które dodałyśmy do podsmażania cebuli, tj. liście laurowe, ziele angielskie, goździki i jałowiec. Moje know-how zaczerpnęłam z doświadczeń przy tym smalcu, który Wam bardzo polecam. Nasz też wyszedł bardzo smaczny. Najlepszym dowodem na to był młodzieniec, który pracując na innym stanowisku ciągle lądował na naszym wyjadając go i wykrzykując jakie to jest pyszne, fantastyczne i nisamowite. Na finalnej, pokonkursowej konsumpcji także wylądował przy półmisku smalcu wciąż z tym samym entuzjazmem zachwycając się fasolową pastą. A ja sobie pomyślałam, że musi być fajnie mieć syna z takim apetytem...

    No właśnie. Przecież ja jestem "taka młoda", a jednak bardzo mocno odczułam, że towarzystwo wokół Slow Food Youth Warszawa to dopiero młodość w pełni. Inne rysy twarzy, inne rozmowy, inna energia. No i gwóźdź do trumny, czyli zwrócenie się do jednej z nas 'per pani' przez jedno. Oczywiście, że się z tego śmiałyśmy, ale to wcale nie jest śmieszne... Widać nasze "młodzieżowe" ciuchy wcale nam nie pomogły. Albo nie były "młodzieżowe".


     W każdym razie fajnie było się odmłodzić ze SFY. Pewnie będę gdzieś śledzić ich radosne działania z boku, a sama przyłączę się do seniorów. Taki jest naturalny bieg rzeczy. Ja się tylko cieszę, że póki co, żyjemy w tak pięknym kraju i w tak pięknych czasie, że nasza młodzież może zajmować się celebrowaniem jedzenia i życia.

     Na koniec Dawid Podsiadło, którego też bym chciała za syna! 
   


I bardzo dziękuję pani A. za wspólny wypad i jej entuzjazm do wszystkiego!

poniedziałek, 28 października 2013

Hydrozagadka - test smakowy kranówka vs. butelkowana


    Pisanie bloga ponad rok temu rozpoczęłam tematem wody butelkowanej, zachęcając do picia kranówki. O tym, że kranówka spełnia wszelkie wyśróbowane normy czystości i często zawiera więcej minerałów niż niejedna butelkowana możecie poczytać sobie w wielu miejscach (choćby tu). Dziś jednak post nie będzie o składzie wody, ale jej smaku.

    Moim zdaniem warszawska kranówka smakuje naprawdę cacy. Przynajmniej ta w moim mieszkaniu. Nie boję się jej, choć myślę, że moi goście czasami tak...
    W przywołanym tekście namawiałam Was do zrobienia "ślepego testu" smaku, podając komuś kranówkę i butelkowaną do oceny. Tym razem, postanowiłam zrobić sama takie testy na kimś więcej niż tylko prywatnym mężu jak to było ostatnim razem.
   Podałam zatem kranówkę w nadętym towarzystwie wód butelkowanych i spisałam wyniki. 


   Przedstawiam Wam najpierw grupę testerów, których zwabiłam do swego domu:



Tester nr 1 - ON
Zwabiony, ale dawno temu. Mąż doskonały niedoskonałej żony.






Testerka nr 2 - Dziewczyna z perłą

Testerka idealna. Smakowanie wody to pikuś w porównaniu do testowania czarnej brei, czyli 100% naturalnej pasty do zębów własnej roboty (do bani zresztą) lub niemyjącego szamponu do włosów, których to testów też się podjęła. Dla ekologii i dobrej zabawy gotowa zrobić wszystko. Człowiek orkiestra, dziewczyna z temperamentem, taka z kategorii "kosmitek".



Tester nr 3 - LoweLas

Mąż kosmitki. Teoretycznie "ten normalny" w ich związku. Ale gdyby był normalny nie byłby mężem kosmitki. Proste.




Testerka nr 4 - Dziewczyna z tatuażem

To ten nielubiany typ dziewczyn, który strasznie dużo je, a ciągle jest chudy. To chyba jej główna wada. Bardzo lubi zrywać podłogi, zbijać kafelki, zmieniać opony i odbierać porody.



Testerzy nr 4 i 5 - Sąsiedzi

Nie zdążyłam im zrobić zdjecia, bo wpadli na wodę jak po ogień. Prosto z podróży, głodni i zmęczeni. Obrazek jest mylący bo sąsiedzi to ona i on. Zazwyczaj gdzieś jadą, skądś wracają lub są w trakcie jakiejś wyprawy. W sumie to sama się dziwię, że ich złapałam.






Niereprezentatywną grupę już znacie. Czas na prezentację wody.


EVIAN

Czytaj: ę ą. Woda z Alp. Z francuskich Alp! Przeczysta i nieskalana. W szklanej butelce. 9,99 za 0,75 l. 
Gdy wylewałam po testach wodę ze szklanek do kwiatków, Dziewczyna z perłą wykrzyknęła: Daj, dopiję Evian!

BIEDRONKA

Oaza dla spragnionych niskich cen. Wybrałam markę własną sieci, żeby było najtaniej. 65 groszy za 1,5 l.

ŻYWIEC ZDRÓJ

Najpopularniejsza woda w Polsce nad którą czuwa Franciszek Józef I. Cena około 1,90 za 1,5 l.

KRANÓWKA
Dla mojej dzielnicy jest to woda z Jeziora Zegrzyńskiego po przejściach, czyli filtrowaniu, uzdatnianiu, itp. Za dziesięć jej litrów płacimy mniej niż 5 groszy.

GOTOWANA KRANÓWKA
W normalnych warunkach, czyli gdy rury nie zmieniają nam składu, barwy i smaku surowej wody, jej gotowanie jest zupełnie niepotrzebne. Pozbawia ją wrecz składników mineralnych. Dołączyłam ją do zestawienia, aby porównać jej smak z powyższymi.


Rocket science formularz
   Przed podaniem wody, wszystkie schłodziłam, aby temperatura nie wpłynęła na ich odbiór smakowy i nie zdradziła np. zbyt zimnej kranowej.

   A domorosłe testy wyglądały następująco.
   Na stole stały butelki, plus kranówka w szklance i gotowana w dzbanku.

   W szklankach z numerkami rozlane były wszystkie wody - oczywiście ich kolejność była inna niż butelek. Testerzy mieli przed sobą widok jak na zdjęciu poniżej. Testujący miał za zadanie spróbować wszystkich próbek i połączyć smak wypitej wody z jej źródłem. 

   Wyniki nanosiłam na swój skomplikowany formularz...


   A oto i one! W % podałam liczbę trafnych wskazań (oczywiście bez miejca po przecinku).



Evian - 0 %

Nikt jej nie rozpoznał... 2 razy uznana za wodę z Biedrony, 2 razy za kranówkę i 2 za Żywca Zdrój.

Komentarz: Księżniczka nie została rozpoznana zapewne dlatego, że żaden z testerów jej nie pija na co dzień. Z drugiej strony ze względu na markę, cenę i otoczkę wokół niej zakładam, że każdy stawiał, że to będzie najlepsza z wód, tym większe me zdziwienie, że nie była wskazana jako najsmaczniejsza.

Oaza z Biedronki - 33 %

Kopciuszek aż 4 razy uznany został za Evian! 2 razy rozpoznana - Sąsiedzi znali jej smak.

Komentarz: wszystkie wody w butelkach kupiłam w wersji niegazowanej. Jak się jednak okazało w trakcie testów, w Oazie wyczuwa się delikatne bąbelki, co wpłynęło na jej bardzo pozytywny odbiór smakowy. Ci co wiedzieli o jej bąbelkowatości nie mieli problemów z jej rozpoznaniem.

Żywiec Zdrój - 67 %

Najlepiej rozpoznana, bo aż 4 razy. 1 raz uznana za Evian a raz za kranówkę. 

Komentarz: dodatkowo w drugiej fazie testu poprosiłam o porównanie wody Evian i ŻZ i wszyscy zapytani uznali ŻZ za smaczniejszą (test też był "ślepy"). Myślę, że można uznać, że ŻZ w teście smakowym wypadła najlepiej.

Kranówka - 33 %

2 razy ropoznana. 2 razy uznana za gotowaną, raz za Evian i raz za Oazę.

Komentarz: Jeśli do tego dodać, że Ci co pili Evian i ŻZ też ją mylili z kranówką, myślę że test smakowy zdała całkiem dobrze.

Gotowana - 67 %

4 razy rozpoznana, raz pomylona z kranówką a raz z Biedronką.

Komentarz: Woda przegotowana ma specyficzny (jałowy) smak więc łatwo ją rozpoznać. Przy porównaniu już tylko kranówki i gotowanej, wszyscy wskazali ją bezbłędnie. Niesmaczna jest i tyle. I myślę, że podobnie niesmaczna mogłaby być każda z butelkowanych po przegotowaniu.


WNIOSKI

   
   Niech każdy wyciągnie dla siebie sam. A najlepiej zrobi testy, jeśli tylko smak wstrzymuje Cię przed przerzuceniem się na kranówkę. Znam osoby, które jej nie lubią i wyczują doskonale, że ona zła - tego się wtedy nie da przeskoczyć. Jeśli jednak pomylisz jej smak to... po co przepłacać, dźwigać i produkować śmieci, śmieci, śmieci..?

   Mój prywatny wniosek jest taki: przestaję pić gotowaną. A gościom kranówkę podawać będę w butelcę po Evian. Będzie im lepiej smakowała!

poniedziałek, 23 września 2013

Jazzdow Jam Session


Jeździec i jego sługa na Jazdowie
    Kto zna Osiedle Jazdów?

   Niesamowite miejsce. W pięknej i drogiej, a raczej pięknej więc drogiej części Warszawy, między Sejmem a Parkiem Ujazdowskim, na skarpie wiślanej stoi kolonia drewnianych domków z ZSRR a rodem z Finlandii.
    Postawione zaraz po wojnie, a podarowane miastu przez Stalina, stanowiły lokum dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Ich fiński rodowód związany jest natomiast z reperacjami wojennymi, jakie Finlandia świadczyła Rosji.
   Domki służyć miały lat 5, przetrwały do dziś. Nadal są zamieszkane i stanowią naprawdę przedziwny zakątek miasta. Taki swojski przedstawiciel radzieckiego stylu skandynawskiego - a jakbyście nie wiedzieli to w wielkich miastach bardzo oryginalnie jest lubić styl skandynawski! Moim zdaniem to drewniane osiedle idealnie pasuje do naszej nowocześnie zacofanej stolicy. Swoją drogą, Finowie z którymi kiedyś byłam tam na spacerze, nie rozpoznali w domkach nic charakterystycznego dla ich architektury.

   Jeśli tam jeszcze nie dotarliście, polecam spacer w okolice. Niepewne są bowiem losy Jazdowa, którego teren władze miasta chcą przeznaczyć pod zabudowę ambasad i urzędów. Nie wiem, czy aż tyle nowych państw na świecie powstało, żeby trzeba było nowe ambasady budować. Wiem natomiast, że dotychczasowym mieszkańcom nie widzi się wyprowadzać stamtąd. I ja się nie dziwię, bo urokliwie jest tam bardzo.
   
    Więcej informacji na temat fińskiej wioski w środku miasta możecie znaleźć choćby w tym artykule. A śledzić na bieżąco jego losy na profilu Otwartego Jazdowa na FB tu:


    A śledzić warto, bo w kilku opuszczonych już domkach od 3 miesięcy miejsce mają  kulturalno-społeczne inicjatywy. Jest to jeden z pomysłów obrony tego miejsca. Poprzez wskazanie władzom pomysłu na zachowanie tego miejsca dla zwykłych mieszkańców. Jeśli zresztą sami macie pomysł na jakieś działanie, też możecie wykorzystać tę lokalizację. W tym celu kontaktujcie się przez wskazany wyżej profil na FB, na pewno Wam pomogą. 



   My, tym razem, trafiliśmy na Jazdów w ramach wspólnego robienia przetworów ze Slow Food Youth. W zeszłym tygodniu przetwarzali to, co można znaleźć i zerwać w mieście. Tym razem były ogórki, gruszki, jabłka, śliwki i dynia. Wszystko, co potrzebne dostarczył organizator, a raczej Organizatorka wydarzenia.

    Moja komanda zajęła się gruszkami. Skończyły w dżemie z miętą. Jeszcze nie wiem jak smakują, bo wyszliśmy przedwcześnie, ale umówiliśmy się na ich wykup w tygodniu (tylko 4 PLN za słoik).
     Co więcej robi Slow Food Youth też znajdziecie na ich FB. Jak nie macie FB, to pożyczcie od kogoś. Ja swój pożyczam mężowi, bo on jest alternatywny i nie ma.

     Takie oto jazzy były w niedzielę na Jazdowie.
    A morał dla tych, co czytają tylko lead i koniec jest taki: Koniecznie odwiedźcie Jazdów, bo za rok może być za późno. No i oczywiście jedzcie dużo owoców i warzyw!
  
 

 

PS. A Czarnej i Łukaszowi dziękuję za to, że zawsze są chętni na przygodę :-)

poniedziałek, 16 września 2013

Ciasto Bez


     Brownie bez czekolady, bez kakao, bez cukru, bez mąki i bez mleka. 
     Do tego smaczne. Nie tam, żeby zaraz PYSZNE. Smaczne.
     Szok!

     Zamiast kakao i czekolady - karob. Zamiast cukru - zmielone daktyle i 3 łyżki ksylitolu*. Zamiast mąki - zmielone orzechy i migdały. A całość, oprócz jaj, lepią buraki...

    Przepis pochodzi ze Smakoterapii - niesamowitego bloga, gdzie autorka - mama chłopca ze znaczącymi wykluczeniami w diecie - wymyśla kulinarne cuda, aby mu życie osłodzić przy okazji nie szkodząc. Zresztą słodycze są tylko dodatkiem do całej gamy prostych, zaskakujących przepisów na zdrowe dania codzienne. Do tego podane w zwięzłej formie, co dla niektórych może być wadą. Mi ta forma wybitnie pasuje, bo wszystko wydaje się do zrobienia w ciągu chwili. Nie będę się rozpisywać i rozpływać nad stroną i autorką. Zajrzyjcie sami, poczytajcie i zostańcie na dłużej, jeśli to Wasz klimat.

   Moje ulubione przepisy to m.in. czerwona kapusta, przy której przyrządzaniu nie brudzi się paznokci, ogórki gruntowe na ciepło w sosie pikantno-słodkim czy choćby dzisiejsze placki z kaszy jaglanej, które ku mojej wielkiej radości zostały zjedzone przez dziecko.

   A wracając do ciasta. Oczywiście, że smaczniejsze jest tradycyjne brownie. Nie mniej to też jest naprawdę niezłe. Choć trochę za tłuste. No i nie wszyscy zaakceptują kawałki buraków zamiast czekolady.

  Zrobiłam je na imprezę rodziną. Relacje z reakcji:
Mama - miłośniczka warzyw - nie rozpoznała w smaku buraków. Zjadła porcję z wielkim smakiem. 
Brat - powiedział, że smaczne, ale widziałam, że nie dokończył. Wiecie, jacy są starsi bracia...
Tata - Dobre! - nie wiem czy w tę opinię akurat wierzyć, bo większego miłośnika kuchni tradycyjnej nie znam; z przypraw akceptuje pieprz i sól. Wszystko inne począwszy od bazylii psuje mu smak potraw.
Mąż - W cukierni bym się za nie obraził, ale jako domowy wynalazek bardzo dobre.
Córka - nie chciała jeść, być może z tego powodu, że odkryła właśnie, że potrafi podskakiwać i odkrycie to zastąpiło jej wszelkie inne czynności do końca dnia.
Ja - Zjadłam najwięcej. Smakowało bardzo. Planuję kolejne wynalazki!

   A za namiary na bloga dziękuję Magdzie K.!


    Nie wiem, czy na dobrą drogę wchodzę wkraczając na teren kulinariów, no ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie szerzyć wieści o Smakoterapii i cieście z buraków. W każdym razie nie odchodźcie Czytelnicy, jeszcze będzie ciekawie :-)


*ksylitol - słodzik z kory brzozy, wygląda i smakuje jak cukier, ale jest o niebo zdrowszy (i droższy). Ma 2 razy mniej kalorii, utrzymuje niski poziom insuliny, zwiększa przyswajania wapnia. Z ciekawostek to chroni zęby przed próchnicą! Do kupienia m.in. w sklepach ekologicznych i zielarskich. 

wtorek, 3 września 2013

Gospodarstwo Rolne - Ludwik Majlert


   Muscat de Provance... Blue Ballet... Delica... Miranda... Futsu Black... Pyza...

   Gdyby nie Pyza, to można by pomyśleć, że to pseudonimy naszych szafiarek. Nu, nu, nu! - jak to mówi moje piękne dziecię. To imiona dyń moi drodzy! 
   Jesień w takich kolorach i kształtach ma zdecydowanie sensualny sens!

   Biedna Pani Jesień... Wszyscy wieszają na niej psy. Mokre. I zanudzają się nawzajem gadkami na temat paskudnej pogody i skracającego się dnia... Oszczędźmy sobie tego i skupmy się na dodatnich plusach!
   
  Po pierwsze: można nosić fajne szale i chusty! Po drugie: wracają ulubione seriale lub macie długie wieczory na książki! Po trzecie - w kuchni lądują dynie! A jeśli dynie to właśnie znalazłam ich królestwo. Królestwo ich kosmicznych form, krągłych kształtów, zmysłowego miąższu i palety barw. Dotarłam mianowicie do sklepu, który Wam kiedyś polecałam we wpisie o dobrych miejscach z warzywami w Warszawie. 

   Gospodarstwo rolne Państwa Majlertów mieści się na Białołęce. Prowadzi je rodzeństwo, czyli "tytułowy" p. Ludwik z siostrą Magdą z rodzinami. Wszystkich możecie obejrzeć na stronie gospodarstwa. Uśmiechnięci to ludzie i z wieloma pasjami, aż miło popatrzeć i poczytać. Od razu widać, że muszą mieć fajne warzywa :-)

   Na stronie czytam: mimo "miejskiego" otoczenia gleby w Marcelinie, wg. wyników analiz nadają się
do produkcji zdrowej żywności. Nasz sposób uprawy to ciągłe poszukiwanie "złotego środka", łączenie najnowszych osiagnięć nauk rolniczych z elementami rolnictwa ekologicznego.
Oznaczać to może, że nawożone są mineralnymi nawozami nie zaś pestycydami czy azotanami. Jak jest naprawdę jednak nie spytałam. Latałam jak głupia z aparatem...

    To tyle z teorii. A najfajniejsza jest praktyka, czyli paczanie, macanie, kupowanie i w końcu jedzenie. A kupuje się u Majlertów... bardzo ładnie. Sklep mieści się w starej stodole, jest surowy a równocześnie estetycznie dopieszczony. Powiem Wam, że po prostu bardzo miło w nim wydawać pieniądze ;-) Sami popatrzcie.


   W gospodarstwie uprawiane są raczej mniej znane odmiany warzyw. Nie znajdziecie więc marchewki, ziemniaków czy pomidora. Ale za to jarmuż już tak (jest niesamowicie zdrowy i niełatwo dostępny), karczochy, endywię, fenkuł, brokulik gałązkowy, kwiaty cukinii, pak choi, supersłodką kukurydzę, zioła i wiele, wiele innych cudów. 
   Jeśli nie wiecie z czym co jeść, w gablocie czekają przepisy. Proste, prawda?

  Ceny? Bardzo normalne, jak to bezpośrednio u producenta bywa. A czasem to nawet nienormalne, tak niskie. GIGANTYCZNY (jak 5 pęczków z normalnego sklepu) pęczek natki - 1 PLN! Inne, które pamiętam to Rukola - 3 PLN/100 gr, Jarmuż - 4 PLN/150 gr, Sałata rzymska - 3 PLN. Pęczek obłędnie pachnącyh ziół - 5 PLN. Cały cennik poniżej. Dostępność produktów jest aktualizowana codziennie na stronie.

  
  A na koniec jeszcze trochę sweet foci dyń. Jakby to powiedziała pańcia Ramonki w moim ulubionym talent show: kocham, kocham, kocham! I polecam.



http://majlert.pl/
GOSPODARSTWO ROLNE LUDWIK MAJLERT

ul. Wyspiarska 45 03-031 Warszawa

środa, 7 sierpnia 2013

Je...yny



Podnieceń wsią ciąg dalszy...

Patrzcie, jakie skarby wpadły mi dziś w ręce! Normalnie dary dary losu i natury.

Pio wypatrzył porzucony przy drodze rower. Pobudziło to jego 6-ty zmysł odpowiedzialny za zdobywanie jedzenia dla rodziny, ruszył za tropem i... trafił na wielkie krzewy jeżyn właśnie (
we mnie takie obrazki pobudzają zmysł poszukiwania tragedii - zawał, gwałt, morderstwo?). No więc mamy ich cały talerz i pewnie ruszymy po nie ponownie. Piękne, słodkie, oczywiście zdrowe (źródło wit. C) i za darmo!!!! Wiejska odmiana freegan to my.

A z serii niepotrzebnych nikomu informacji to Wam powiem, że w Polsce jest prawie 90 gatunków tej rośliny. I że jest najstarszym znanym owocem - jej ślady znaleziono w prehistorycznych wykopaliskach. W czasach nowożytnych jej najbardziej znaną odmianą jest BlackBerry.

No i okazało się, że nazwę piszę się się przez samo "ż"... Na szczęście wyszukiwarka znalazła je także gdy wpisałam "jerzyny". Porarzka. 


Kury


"- Więcej niż jedno zwierzę to?
    ...
  - Lama?" *

No prawie. Te dwie kurki też wyglądają prawie jak lamy. I są bardzo śmieszne. Wszędzie chodzą tylko razem. I dają się łatwo złapać. Chyba są pewne, że i tak się je łapie tylko do głaskania a nie na rosół. Nawet Pio z siekierą się nie bały, tylko towarzyszyły w pobliżu jak rąbał drewno :-)


No właśnie. Nie/jedzenie zwierząt to teraz u mnie temat na tapecie. Od kilku miesięcy próbuję sobie ułożyć wszystko w głowie i "niby" nie jem mięsa. "Niby", czyli:
- jem ryby - a w sumie na drzewach nie rosną więc czemu je stawiam wyżej od kur, a zwłaszcza już takich śmiesznych jak powyższe?
- jem w gościach, jak zapomnę uprzedzić, że nie jem; bardzo łatwo przychodzi mi przekonać wtedy siebie, że tego kotleta nic już nie uratuje...
- zjadam po dziecku, no bo marnować nie można, itp., itd.

Trochę oszukuję innymi słowy - ale to stan na dziś. Jak będzie za rok, dwa lub pięć? Może będę wcinać wszystkie zwierzęta jak kiedyś, a może będę weganką? Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem stawiam te swoje koślawe kroki na ścieżce niejedzenia zwierząt. Przede mną lektura książki "Zjadanie zwierząt", która podobno skutecznie zniechęca do mięsa. Jak przeczytam, nie omieszkam Wam o tym napisać.

*http://www.youtube.com/watch?v=SBADBg_KhK0




Jagody



JAGODY - tak zdrowe, że aż dziwne, że smaczne.

Są wspaniałymi przeciwutleniaczami, czyli walczą z wolnymi rodnikami; obniżają zły cholesterol i podwyższają dobry; są źródłem wielu witamin i minerałów; wzmacniają naczynia krwionośne; przeciwdziałają anemii a to wciąż nie wszystko, co potrafią.

Jako, że jesteśmy na wsi zamówiliśmy ich 10 litrów a teraz zamykamy je na zimę. Specyficzna forma odpoczynku...

W każdym razie niedługo się kończą, więc orientujcie się i jedzcie ich dużo! Są drogie, ale ich cena spada wraz z oddalaniem się od miasta... Nie mówiąc o tym, że z tego bogactwa można korzystać za darmo w lesie. Ale kto ma na to czas?

GO GO PO JAGODY!