środa, 7 sierpnia 2013

Je...yny



Podnieceń wsią ciąg dalszy...

Patrzcie, jakie skarby wpadły mi dziś w ręce! Normalnie dary dary losu i natury.

Pio wypatrzył porzucony przy drodze rower. Pobudziło to jego 6-ty zmysł odpowiedzialny za zdobywanie jedzenia dla rodziny, ruszył za tropem i... trafił na wielkie krzewy jeżyn właśnie (
we mnie takie obrazki pobudzają zmysł poszukiwania tragedii - zawał, gwałt, morderstwo?). No więc mamy ich cały talerz i pewnie ruszymy po nie ponownie. Piękne, słodkie, oczywiście zdrowe (źródło wit. C) i za darmo!!!! Wiejska odmiana freegan to my.

A z serii niepotrzebnych nikomu informacji to Wam powiem, że w Polsce jest prawie 90 gatunków tej rośliny. I że jest najstarszym znanym owocem - jej ślady znaleziono w prehistorycznych wykopaliskach. W czasach nowożytnych jej najbardziej znaną odmianą jest BlackBerry.

No i okazało się, że nazwę piszę się się przez samo "ż"... Na szczęście wyszukiwarka znalazła je także gdy wpisałam "jerzyny". Porarzka. 


Kury


"- Więcej niż jedno zwierzę to?
    ...
  - Lama?" *

No prawie. Te dwie kurki też wyglądają prawie jak lamy. I są bardzo śmieszne. Wszędzie chodzą tylko razem. I dają się łatwo złapać. Chyba są pewne, że i tak się je łapie tylko do głaskania a nie na rosół. Nawet Pio z siekierą się nie bały, tylko towarzyszyły w pobliżu jak rąbał drewno :-)


No właśnie. Nie/jedzenie zwierząt to teraz u mnie temat na tapecie. Od kilku miesięcy próbuję sobie ułożyć wszystko w głowie i "niby" nie jem mięsa. "Niby", czyli:
- jem ryby - a w sumie na drzewach nie rosną więc czemu je stawiam wyżej od kur, a zwłaszcza już takich śmiesznych jak powyższe?
- jem w gościach, jak zapomnę uprzedzić, że nie jem; bardzo łatwo przychodzi mi przekonać wtedy siebie, że tego kotleta nic już nie uratuje...
- zjadam po dziecku, no bo marnować nie można, itp., itd.

Trochę oszukuję innymi słowy - ale to stan na dziś. Jak będzie za rok, dwa lub pięć? Może będę wcinać wszystkie zwierzęta jak kiedyś, a może będę weganką? Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem stawiam te swoje koślawe kroki na ścieżce niejedzenia zwierząt. Przede mną lektura książki "Zjadanie zwierząt", która podobno skutecznie zniechęca do mięsa. Jak przeczytam, nie omieszkam Wam o tym napisać.

*http://www.youtube.com/watch?v=SBADBg_KhK0




Jagody



JAGODY - tak zdrowe, że aż dziwne, że smaczne.

Są wspaniałymi przeciwutleniaczami, czyli walczą z wolnymi rodnikami; obniżają zły cholesterol i podwyższają dobry; są źródłem wielu witamin i minerałów; wzmacniają naczynia krwionośne; przeciwdziałają anemii a to wciąż nie wszystko, co potrafią.

Jako, że jesteśmy na wsi zamówiliśmy ich 10 litrów a teraz zamykamy je na zimę. Specyficzna forma odpoczynku...

W każdym razie niedługo się kończą, więc orientujcie się i jedzcie ich dużo! Są drogie, ale ich cena spada wraz z oddalaniem się od miasta... Nie mówiąc o tym, że z tego bogactwa można korzystać za darmo w lesie. Ale kto ma na to czas?

GO GO PO JAGODY!

sobota, 27 lipca 2013

Tu sie je!

Koniec przerwy. Wróciłam. Jeszcze nie typowym 3-poziomowym tekstem (nad którym prace trwają), ale póki co krótką relacją z naszego pola.

MMS od męża podczas mojego wyjazdu
 
     "Jeśli chcesz być szczęśliwy jeden dzień, to się upij; jeśli chcesz być szczęśliwy jeden tydzień, to się ożeń, jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie – załóż ogród”. To podobno chińskie przysłowie, które ma nieść jakąś mądrość. Trochę mnie zmartwiło, bo chciałabym, żeby mój mąż był szczęśliwy całe życie, tymczasem tydzień od ślubu kiedyś już minął. No rzeczywiście nie widzę, żeby był mną zafascynowany jak to dawniej bywało, ale dopóki chichocze codziennie z tego, co mówię, myślę sobie, że smutno mu nie jest. Aby jednak poprawić jego los jeszcze bardziej, postanowiłam go także jakoś wesprzeć w uprawianiu wspomnianego ogrodu, do której to czynności kilka razy już się zabierał ze słabym skutkiem. Wyzwanie było podwójne, ponieważ ogród ma wielkość niewielkiego balkonu i kilku parapetów, a moje wsparcie nie zakłada zazwyczaj pracy fizycznej... I najważniejsze - to miał być ogród jadalny, nie ozdobny. 

     Nie uwierzycie pewnie, ale rozwiązanie znalazłam UWAGA, UWAGA... w Internecie! To naprawdę niesamowite źródło wiedzy. Wejdźcie sobie czasem w niego w pracy, jak już zrobicie wszystko, co pracodawca przykazał i sami się przekonajcie. No więc ja znalazłam stronę SlonecznyBalkon.pl, gdzie bardzo sympatyczna Basia prowadzi krok po kroku wszystkich, którzy chcieliby posadzić coś więcej niż szczypior... Tak więc odesłałam męża do Basi, zapisałam na webinar, który prowadziła dla Cohabitatu (do przeżycia i ściągnięcia tu) i... od tamtej pory widzę bardzo szczęśliwego człowieka w momencie gdy tylko przynosi z piwnicy swoje zabawki, tj. ziemię, odżywki, doniczki, nasiona i sieje, przesadza, podlewa, psioczy na mszyce (ostatnio wrócił z pracy poparzony pokrzywami, bo po drodze zbierał je na antymszycowy napar...), dziwi się, że rukola nie wschodzi, szuka karteczek, gdzie co zasadził, itd, itp. 
    A jak mu coś nie wychodzi, pisze do Basi i następnego dnia wraca z pracy później... bo po drodze zakupił kolejne doniczki na rozsady a może rozsiewy - nie wiem, nie ogarniam tej nomenklatury.



Tak wygląda szczęśliwy człowiek od tyłu

   
    Ostatnio rozmarzonym głosem wyznał mi, że musi mnie zabrać do... swojego ulubionego sklepu ogrodniczego. Wow, chyba muszę być dla niego kimś wyjątkowym, skoro chce mnie zabrać w TO miejsce. Nie będę grymasić i potraktuję to jaką randkę.

     Niby czasy się zmieniają i wyznacznikami męskości i kobiecości nie są już ich tradycyjne kulturowe atrybuty czy takiż podział ról, jednak słyszę czasem znad bazylii niepokojące rozważania wiernego ogrodnika, że on to chyba nie jest za bardzo męski, bo tak strasznie lubi te roślinki... No bez przesady Kochanie! Jeśli patrzymy tak stereotypowo, to przecież nie porzuciłeś choćby piłki nożnej, która potwierdza Twoją męskość w pełni!


Barcelona i Real Madryt prawie na polskiej ziemi
   
 Zresztą poprzez swoje uprawy dostarczasz rodzinie jedzenie! A to jest wg starego porządku mega męskie. 


"
Z rzodkiewek nie było pożytku, ale za to z ich liści zrobiłam pyszne pesto.
     
    A to, że ze swoim kolegą przesyłacie sobie fotki swoich upraw to mnie tylko wzrusza. No może półgodzinna rozmowa telefoniczna o sadzonkach na naszym wspólnym spacerze jest trochę irytująca. Musiałam wtedy wyrwać telefon i krzyknąć na drugą stronę, że jesteście strasznie nudni! Wcale tak jednak nie myślę.
     Swoją drogą, wiecie co przestawia zdjęcie poniżej "z pola" kolegi?


Jeden z MMSów znalezionychw  w telefonie męża
     
     To domek dla biedronek najmilisi! Jakbyście nie wiedzieli to biedronkami szczuje się mszyce. 
     Zresztą zdjęcie biedronki, która po kilku tygodniach przyleciała "do domku" też było, ale się skasowało w telefonie. Szkoda.
    Swoją drogą właściciel domku na codzień wykonuje, moim zdaniem, męga ciężki zawód tylko dla psychicznych twardzieli. Tym bardziej więc potwierdza to relaksacyjny wpływ uprawiania ogrodu, w jakimkolwiek formacie. 

     Tak więc wszystkim zestresowanym lub poszukującym zajęcia, które wreszcie "przyniesie owoc", polecam domowy jadalny ogród. Czy zbiory są ekologiczne? Pewnie nie ze względu na miasto, które osiada na wszystkim. To zresztą zupełnie nie ma znaczenia w przypadku tej skali upraw, bo w tym wszystkicm chodzi przede wszystkim o relaks, radochę i satysfakcję. Ja taką znajduję od samego patrzenia na "nasze" pomidory. Lubię też pesto z własnych zbiorów bazylii. A zwłaszcza mówić, że to z WŁASNYCH ZBIORÓW.

Romantic tomatos
 
Chilled out peppers

Na pierwszym planie bazylia i pomidorki w dzieciństwie

    A na koniec:
- piosenka dla męża z przesłaniem, żeby pomidorów zawsze było u nas w bród!
- podziękowania dla wszystkich, którzy tu zaglądają a czasem nawet poganiają mnie do pisania! Uwielbiam to!
- i specjalnie dla stęsknionych czytelników. I czytelniczek. - Ryan na łonie natury.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Sobota i niedziela - wyciszenie

Kończący eksperyment weekend został bardzo fajnie zaplanowany jako wyciszenie po tych kilku dniach wyzwań. 

SOBOTA

Dzień na podjęcie wcześniej zaplanowanych działań wolontariackich. Plany mam, do zrealizowania raczej w ciągu tygodnia. 

W przewodniku do eksperymentu ponadto znalazłam bardzo fajne ćwiczenie. 

"Zrób listę składającą się z trzech kolumn:
1) wszystkie organizacje, w których chciałbyś/ałabyś pomagać 
2) powody, dla których uważasz, że nie możesz tam pomagać
3) jak możesz konstruktywnie odnieść się do tych powodów i usunąć wypisane przez siebie przeszkody

Czy przeszkody – niezależnie od tego, jak bardzo są uzasadnione – są ważniejsze niż sens samego uczestnictwa?"

Podoba mi się także piramida zaangażowania społecznego, która wiedzie od poziomu 1 do 5 w następujący sposób:
poziom 1, czyli podstawa - pomoc finansowa w skali całego roku
poziom 2, miesięczna pomoc jako wolontariusz
poziom 3, zaangażowanie kilku godzin w skali tygodnia na rzecz jakiejś inicjatyw/y
poziom 4, bycie liderem projektu na rzecz lokalnej społeczności
poziom 5, zawód w którym pracujesz na rzecz pożytku społecznego; udzielanie się w NGO

Proszę zauważyć, że wklejanie na FB apeli o pomoc i wzywanie do zaangażowania nie znajduje się na żadnym poziomie. A szkoda, bo w tym jestem dobra...

Ja znajduję się na poziomie 1, ambicje sięgają poziomu 5... Jest nad czym pracować. Niech no tylko spłacę ten cholerny kredyt to zobaczycie, że znajdę sobie mało płatną i bardzo satysfakcjonującą pracę! Będzie mnie wtedy na to stać.

A pamiętacie moją koleżankę Martę, o której kiedyś wspominałam w tym wpisie? Otóż ona zrezygnowała już jakiś czas temu z lepiej płatnej posady na rzecz ciekawszej, choć gorzej płatnej pracy na rzecz pożytku społecznego, czyli osiągnęła czubek piramidy. Czubek na czubku - lepiej bym tego nie określiła. I spośród tylu osób, które znam osobiście ona jest jedną z dwóch, która jest na tym poziomie (przy czym nauczycieli nie brałam pod uwagę w tej klasyfikacji). 


Niedziela - eko-laba


Czyli nic nierobienie jako przeciwwaga dla konsumpcjonizmu stojącego na drugim biegunie z ekologią. Dwa razy nie trzeba mi tego powtarzać. Chętnie zalegnę na sofie z książką. Muszę się tylko odłączyć od laptopa. Bo wiecie, co było najtrudniejsze podczas tego tygodnia? Właśnie pisanie codziennych relacji (z własnej woli tak chciałam), które zabierało mi czas dla siebie i męża. Czas, który potencjalnie oszczędziłam rezygnując z zakupów czy nie używając oświetlenia wieczorem
Tymczasem więc wyłączam się na jakiś czas. Wracam do reala nacieszyć się wieczornym życiem! A Wam polecam bardzo adekwatną piosenkę cudownej Meli Działać bez działania.


Wam serdecznie dziękuję za czytanie relacji i wszystkie komentarze (tutaj i na FB). I oczywiście zachęcam do zapisania się do dobrej zabawy, czyli majowej tury Tygodnia, wszystkiego niż inne! Tutaj znajdziecie potrzebne informacje.

A z tego miejsca chciałabym BARDZO podziękować Piotrkowi (który dziś ma urodziny!!!) za to, że tak pięknie wskoczył ze mną w moją eko wariację! Na co dzień to naprawdę bardzo profesjonalny i poważny gość w garniturze. W wolnych chwilach jednak lubi dla mojego specyficznego towarzystwa znosić wózek z 5-go piętra, korzystać z toalety przy świecach, sadzić nasionka w rolce po papierze toaletowym i promować mój blog wśród wszystkich napotkanych! W pełni zgadzam się z moim ulubionym kolegą, że to Skarb i że trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno




Z okazji urodzin Piotrka Ryana nie będzie!

PS. Schudłam tylko 0,5 kg... O ile taka zmiana wagi oznacza coś więcej niż puste jelita vs. pełne jelita pisząc oględnie...  

     


sobota, 13 kwietnia 2013

Piątek - woda

W piątek uważniej przyglądaliśmy się tematowi oszczędzania wody. 

Temat w naszym domu dobrze znany i praktykowany zarówno z pobudek ekologicznych jak i ekonomicznych. 


Zatem najpierw przechwałki a potem obszary do poprawy.

Prysznice zamiast kapieli to podstawa w eko dekalogu. Wyzwanie to zmieścić się w 30 sekund z myciem. Bo wiecie-rozumiecie, 20 minutowe stanie pod strumieniem wody to nic innego jak pionowa eko-katastroficzna kąpiel... Prysznic dzielony z kimś to 100 punktów w bonusie od Kapitana Planety. Wybaczcie, że wkleję "starego" Ryana, ale on mi tu idealnie pasuje. Poza tym będzie Wam się lepiej czytać, jak będzie stał obok. Pod warunkiem, że będzie czytać, zamiast patrzeć w prawo.

Zakręcanie wody podczas mycia zębów i golenia - też standard, wyświechtany i  nudny jak flaki z olejem, ale skuteczny w oszczędzaniu.

A właśnie, co do flaków to niejedzenie mięsa jest chyba największym oszczędzaniem wody dla planety. W rachunkach za wodę nieodczuwalny, ale każdy wegetarianin, nie mówiąc o weganach albo pozaziemskich freeganach jest największym oszczędzaczem wody i spokojnie może się rozgrzeszyć nawet z codziennej kąpieli. Wkrótce chcę napisać tekst o mięsie, więc nie będę w tym miejscu się rozpisywać w tym tymacie. W każdym razie statystyki wodne w hodowli mięsa są porażające. Na wyhodowanie 1kg wołowiny trzeba około 40 tys. litrów wody. 1 kg!!! To skutek głównie produkcji pasz. Białko roślinne nie potrzebuje aż takich strumieni. To zresztą temat rzeka.

W oszczędzaniu wody pomaga też nie posiadanie basenu (poziom 1) lub nie wymienianie w nim wody (poziom 2) bądź posiadanie basenu bez wpuszczania do niego wody (poziom 3). My wybraliśmy poziom 1. Przy poziomie 3 na pewno kręcilibyśmy teledyski, żeby jakoś usprawiedliwić posiadanie bezsensownej dziury wyłożonej płytkami w ogrodzie. A swoją drogą znacie inne sceny filmowe w suchych basenach? Trochę tego było w popkulturze, prawda? 





O tym, że rzadko spuszczamy wodę to już pisałam na blogu w "Toaletowo". To zresztą mój ulubiony wpis. Zasada jest prosta: nie spłukujemy wody po siku, spuszczamy dopiero po nie-siku. Lub przed przyjściem gości. Inaczej będzie mega obciach. I oczywiście zasadę stosujemy tylko w domu!

Można też sikać pod prysznicem. Tak robi Jordan, robił Gandhi a nawet King Kong. Nie wierzycie to obejrzyjcie sobie filmik na Toaletowo.

Zestaw przy zmywaku do odzysku wody...
Mam nadzieję, że nie spłukujecie wody np. po wyrzuconych wacikach, petach albo innych drobiazgach!? Litości!

Standard i zdrowy rozsądek to także włączanie pełnej zmywarki czy pralki

Biurowo/domowy standard - używanie przez cały dzień tej samej szklanki/kubka. Nie jesteś już leniem lub brudasem. Jesteś ekologiem!

Wodę do kwiatków natomiast uzyskujemy przelewając do butelek wodę z mycia owoców i warzyw, płukania kasz czy tak jak dzisiaj "namaczania" marchewek na sok. Taka woda ma też sporo mikroelementów, które wzbogacają ziemię. Tak sobie myślę. Póki co kwiaty nie protestują. 

Gdy w ten sposób jak powyższy oszczędzam wodę dla planety, myślę sobie, że ktoś powinien nakręcić Dzień Świra o natręctwach ekologów... Może ten film dokumentalny No Impact Man jest właśnie takim filmem? Wiecie, że Colin z rodziną kąpali się raz w tygodniu i to w taki sposób, aby wykorzystać wodę po poprzedniej osobie? Nasze "szaleństwo" to mycie podłogi w wodzie po kąpieli Małej a następnie spłukiwanie nią sedesu...

 

 

Co jeszcze możemy zrobić wg naszego przewodnika.


Brać chłodny prysznic (zdrowszy i pobudzający z rana) - to zdecydowanie skróci jego trwanie.

W restauracji prosić o wodę z kranu zamiast butelkowanej (do produkcji 1 litra wody w butelce trzeba 3-4 litrów wody, no i te tony butelek zalegających na wieki). Na to muszę się dopiero odważyć. Ciekawe, czy mi policzą za to normalnie?

Do picia wybierać wodę zamiast "kupnych" soków czy napojów, których wpływ na środowisko jest dużo większy, ponieważ podlegają obróbce chemicznej i składniki do nich są często transportowane na duże odległości.

Nosić ze sobą butelkę wielokrotnego użytku i zachęcać do tego innych.
Kończąc więc zachęcam Was do tego, a nawet zostawiam namiar na 10% zniżki do końca kwietnia na dizajnerski i ekologiczny gadżet - butelkę z filtrem firmy Waterbobble, który pozwola Wam "uzdatniać" kranówkę, jeśli nie akceptujecie jej smaku. Ja planuję jej zakup - dla siebie i Małej. Gorące dni nadchodzą i sprzedaż plastiku znów poszybuje w górę. Może więc mały sabotaż trendu?

U Zielonej zniżka i testy produktów tegoż producenta. A może rozważycie zakup domowych dzbanków z filtrami? 






piątek, 12 kwietnia 2013

Czwartek - energia

W czwartek mieliśmy ograniczyć używanie energii elektrycznej.

Przy czym, jeśli ktoś śledził nas od niedzieli to wie, że rozpoczęliśmy już w niedzielę z wysokiego C i od samego początku w ruch poszły świeczki, rezygnacja z windy, suszarki, itd. Lodówka, pralka, płyta grzewcza i czajnik zostały nieruszone. Nie byliśmy w stanie pójść aż tak daleko. Tym bardziej chylę czoła przed Colinem i jego żoną, którzy przez rok żyli w mieszkaniu bez prądu (z wyjątkiem na laptopa, na którym prowadził blog) i prali ręcznie wielorazowe pieluchy 2-letniej córki, na które przerzucili się przez rozpoczęciem ekperymentu (przy dużym sprzeciwie żony).

Zaczęliśmy zatem w niedzielę, a wczoraj miałam już dość. Akurat w dniu bez energii oszukiwałam najwięcej. Miałam kryzys braku światła i zapalałam je wieczorem tam, gdzie mi było potrzebne. To właśnie ciemność przeszkadza najbardziej przy oszczędzaniu prądu. W poprzednich dniach był jednak tego plus - wcześniejsze chodzenie spać. Normalnie jest za dużo rzeczy do zrobienia, żeby tak po prostu iść spać a bez światła to jednak najlepsze rozwiązanie. 

Oszukiwałam ze światłem, ale nie poddałam się na wszystkich frontach.

Do ciemności w lodówce powoli się przyzwyczajam, chociaż nocne zaglądanie do niej jest zupełnie bez sensu... 

Wyłączyliśmy zegar na panelu od piekarnika - to z nowości, bo wszystkie inne opcje stand-by są wyłączone od dawna (sprzęt muzyczny, nawilżacz powietrza, radio w kuchni). 

Nadal biegamy po schodach. Chociaż wjechałam też z wózkiem na górę, bo Mała spała i nie chciałam jej budzić. Ale z sąsiadem korzystając z furtki "liftpoolingu", którą wymyśliłam zawczasu.

Nie oglądamy telewizji. To akurat od kilku miesięcy. Zrezygnowaliśmy z niej nie dlatego, że NIC w niej nie ma, tylko dlatego, że my oglądaliśmy WSZYSTKO i uwielbialiśmy to. Ja jeszcze w ciąży odkryłam, że telewizja śniadaniowa świat mi tak pięknie przybliża i tłumaczy. To z niej dowiedziałam się m.in. od zaproszonych ekspertów, że jak sie jest np. modelką (!) lub uprawia się inny zawód z nienormowanym czasem pracy to łatwiej łączyć karierę z macierzyństwem... Od p. Jacykowa wiedziałam natomiast jak z szykiem ubrać się na wiejskie wesele oraz kiedy chirurg plastyczny odmawia operacji, oczywiście pomijając powód posiadania zbyt małej gotówki. Nic nie zmyślam. Oglądałam to i gdybym miała wciaż telewizję oglądałabym dalej. 
Kolega zachwala mi programy TVP Kultura i Historia jako argument za posiadaniem tiwi. Gdybym tylko do nich kiedyś dotarła, może bym i za nimi tęskniła... Dla mnie jednak pop-papka była wystarczająco treściwa. 
Telewizji zatem nie mamy. Za Prokopem i Wellman tęsknię, ale za wiadomościami w ogóle! 
Czy mam więcej czasu? Tak. Na Internet. Choć myślałam, że będzie na książki... To koniecznie muszę zmienić!

Ciekawy fragment bloga Colina dotyczący telewizji i jego córki:
Ponieważ w ramach naszego Eksperymentu No Impact zrezygnowaliśmy z elektryczności, nie mamy również telewizora.
W zeszłym tygodniu ktoś mnie zapytał, jak w takiej sytuacji zabawiamy Isabellę. Przypadkiem tego właśnie dnia mój przyjaciel Mayer, któremu pomagam na działce, zadzwonił i powiedział, że w jego ogrodzie pojawiły się świetliki i żebym w związku z tym przyprowadził o zmroku Isabellę. Zatem poszliśmy, a kiedy wokół nas krążyło z sześć świetlików, Isabella nagle popatrzyła na mnie i powiedziała „Tato, jestem taka szczęśliwa”. Telewizja nigdy nie wywoła w niej takiej reakcji.
Blog No Impact Man, 19.07.2007
Fragment tej scenki widać zresztą w zwiastunie filmu o ich eksperymencie

Mała eM ma dopiero rok, więc bajek jeszcze nie ogląda, ale gdy włączam sobie na laptopie serial (głupi serial, nie żaden klasyk z serii Mad Men czy coś) ona też jest zainteresowana i razem sobie patrzymy. Czasem wydaje mi się także, że ona bardzo chciałaby obejrzeć kolejny odcinek więc ja nie mając nic przeciwko włączam kolejny... W dniu bez energii serialu nie było! Bawiłyśmy się wspólnie na podłodze. Czy eM odczuła różnicę? Może... A może zastanawiała się co nowego u pięknych bohaterów naszego serialu... Trudno powiedzieć.

Cały tydzień nie włączamy sprzętu grającego (ja) i radia (Pio). To akurat bardzo boli, choć włączamy coś wieczorami z jutiuba, gdy pracuję na laptopie. Cisza też jest ciekawa. Trzeba się zmierzyć z własnymi myślami. Na przykład z natrętnym pytaniem, czy to co robimy ma w ogóle sens?
Dziś znalazłam taką pocieszną grafikę, więc ją wkleję ku własnemu pocieszeniu. W sumie ekologię można zastąpić każdą inną dziedziną, z którą się zmagamy.  Nie dajmy się więc złamać zwątpieniu, tylko róbmy "małe" swoje.


Mi dodaje otuchy także obecność innych. Gdybyście chcieli poczytać ich relację z innego tygodnia to poniżej wklejam linki: