niedziela, 7 kwietnia 2013

Leniwa niedziela

Pierwszego dnia eksperymentu mieliśmy ograniczyć konsumcję. 
Dla nas łatwizna, bo zakupy robimy w soboty, a w niedziele już tylko świętujemy, m.in. zapraszając gości, korzystając z zaproszeń do innych lub po prostu ruszając w miasto.

Na ten dzień wybraliśmy więc najbardziej cwaną eko wersję - czyli pójście w gości, dzięki czemu nie używaliśmy prądu do przygotowania posiłku ani nie używaliśmy własnych produktów. Genialne, prawda? W sumie to cały tydzień "no impact" tak bym mogła, ale ludzie niestety chodzą do pracy i nie chcą codziennie zapraszać na obiady... A tak na poważnie, to więcej spotkań z ludźmi jest przewidziane jako jeden z efektów ograniczenia konsumpcji. Zamiast zakupów, zamiast telewizji, zamiast siedzenia na FB. Albo swoim blogu.

Oczywiście robiliśmy dzisiaj dużo więcej dziwnych rzeczy niż zjedzenie obiadu u rodziców i wyjście z domu na kilka godzin. To potrafi każdy, a my w końcu mamy być wyjątkowi przez ten tydzień. Od początku zatem. 

Okazuje się, że bohaterem niedzieli jest Pio, który wszedł w projekt z wielkim zaangażowaniem! Naprawdę niesamowite do czego jest zdolny. Zaraz po północy zgasił żarówki i triumfalnie wyciągnął nabytą w sobotę Angelę. Czyli wkład do znicza z promocji... Oto ona. Nasza Endżi. W plastiku, który rozłoży się długo długo po tym, jak my spoczywać będziemy już w pokoju...

na cmentarz tylko z Angelą...

Intencje w każdym razie były dobre. Pio obiecał, że opakowanie zużyje do przesadzenia w nie swoich wysiewów. Dobre i to. W każdym razie już wie, że najlepsze są jednak zwykłe świece. Bez opakowania, folii i plastiku. 

Drugie zaskoczenie to wyjęcie z lodówki żarówki.  Lodówka po ciemku wygląda zupełnie nieatrakcyjnie, ale przynajmniej uratowaliśmy świat. 
  
Trzecia siurpryza: poranne golenie się bez zapalania lampy w łazience, a przy pomocy tylko świecy. Efekt wcale nie był zły.
(Przy świecach także bierzemy prysznic, korzystamy z toalety czy przewijamy Małą. Przypadkowemu włączeniu światła towarzyszy nasz przerażony okrzyk.)

Po czwarte: zniesienie wózka z 5 piętra na dół (nie używamy przecież windy). Ja zniosłam małą eM, ale to pikuś w porównaniu do jej kolubryny. Na ten tydzień wózek został w garażu w aucie, bo oczywiście ja go nie udźwignę wraz z dzieckiem. Będę więc schodzić z nią na dół, wyciągać wózek z bagażnika i ruszać na spacery. Pomysł opiera się oczywiście na założeniu, że auto cały tydzień zostaje w garażu. 
Z oszukaństw: do teściów na 5te wjechaliśmy i zjechaliśmy windą...
Dopuściłam także jeżdżenie windą z sąsiadami, co polega na polowaniu na innych, którzy z niej korzystają. Na razie się nie udało, ale w końcu cały tydzień przed nami.

No dobra, musieliśmy dzisiaj coś kupić. Skończył nam się szampon. Ruszyliśmy więc w ramach spaceru do Yves Rocher, sklepu który chyba jako jedyny na rynku ma szampon w opakowaniu foliowym do uzupełnienia w butelce. Na miejscu okazało się jednak, że produkt został wycofany. Kupiłam więc inny, ale też z gatunku eko: w butelce nadającej się do recyklingu, w 98% ze składników naturalnych (czyli z wody...), bez parabenów, barwników i silikonu i nie testowany na zwierzętach.
Ale dumna do końca nie jestem, bo prawdziwy poziom 3 to byłoby przygotowanie własnego szampo! 

Co zrobiłam ja?
Rano nie wypiłam kawy (jest transportowana z drugiego końca świata) tylko lokalną Inkę... Najpierw ekstremalnie bez mleka nawet, ale w końcu się złamałam i dolałam je, bo była okropna. Nie, w ogóle mnie nie pobudziła.
A Piotrek to wypił prawdziwą kawę u rodziców!!!!! I zjadł dwa kotlety!!! Nie jest więc wcale taki eko święty. Ja mięsa nie jem.
A do picia w domu mamy zakupione napary ziołowe... Koniecznie więc wpadajcie do nas w tym tygodniu na "herbatkę"!

Z innych grzechów: 
- puszczona zmywarka - ale zamiast pastylek myjących użyliśmy orzechów piorących (o tym to napiszę kiedyś oddzielny tekst)
- puszczona pralka - piorą się wielorazowe pieluchy małe eM w kulach piorących zamiast proszku. 
No więc sami widzicie, że to takie grzechy, którymi można się nawet pochwalić.

Tymczasem kończę, bo w domu bez światła bardzo chce się spać. Do jutra!

PS. Na razie bawimy się dobrze.


piątek, 5 kwietnia 2013

Unplugged in NY vs. bez prądu w Warszawie

     Od niedzieli przez tydzień chcę pisać codziennie. Musi więc być krócej niż zwykle, abym ja dała radę pisać, a Wy czytać.

     Zamiast więc długiego wstępu, krótki film.



    W skrócie: od tej niedzieli przez tydzień planujemy tak samo.

    Tylko, że inaczej... Wiadomo, co innego zrezygnować z kawy w NY, a co innego w Wawie.
    Tak jak oni, nie damy rady - już to wiem. Ale i tak będziemy robić wiele w kwestii niwelowania naszego wpływu na środowisko, czyli wspinać się z 1-ego poziomu na 3-i na wiele sposobów, m.in. wspinając się na nasze 5 piętro bez windy...

Z jakiej okazji?


Tydzień inny niż wszystkie to projekt, realizowany przez Fundację Sendzimira, zainspirowany eksperymentem No Impact i rozwijany we współpracy z amerykańską organizacją No Impact Project. Nadchodzący tydzień kwietnia to faza pilotażowa właściwego projektu, który będzie miał miejsce w maju i w którym udział będą mogli wziąć wszyscy chętni. Obecnie grupa doświadczalna, w tym. m.in. nieznani blogerzy jak ja wraz z ich biednymi rodzinami mają za zadanie przetestować przewodnik na te trudne dni i zdać relację np. czy daliśmy radę zrezygnować z papieru toaletowego jak państwo z NY czy tylko przerzucić się na ten z makulatury..? :-)

 

Czemu się zgodziłam?


Ze względu na karboreksję, która się nasila pomimo wielu prób leczenia na siłę.

 

Czego oczekuję po tym tygodniu?


Dużo śmiechu. Kilku konfliktów. Kreatywności. Wydania mniej kasy. Zmiany nawyków. Ograniczenia śmieci!!! No i że schudnę...

Co na to Ryan?


Po co to robię?


Aby pokazać innym, że nam się chce. Sama wciąż czerpię inspirację od innych, bo wątpliwości, że drobne nawyki cokolwiek zmieniają dopadają mnie co 3 minuty. W końcu widzę, co się dzieje dookoła i słyszę, co do mnie mówią życzliwi...
Ale gdy tylko widzę innych świrów od razu mi lepiej!

Będzie mi bardzo miło, jak będziecie przez ten tydzień ze mną!

PS. A jeśli chcecie podejrzeć innych zapaleńców, zapraszam poniżej:


poniedziałek, 18 marca 2013

Czym (nie) pachnie pranie?


fot. B. Fedorowicz
   
   Wyobrażacie sobie zapach tego prania ze zdjęcia? Ciekawa jestem czy lubicie, gdy rzeczy pachną dworem i wiatrem, bo chyba tylko tak umiem określić ten zapach. Te może pachną jeszcze smutnym schyłkiem lata. Za zdjęcie z Kazimierza nad Wisłą dziękuję przy okazji Bartkowi. Zapiszczałam jak je dostałam, bo czegoś takiego właśnie szukałam!
   
   Takie sielskie obrazki na pewno oddziałują na wszystkich. W końcu producenci nie bez powodu tworzą zapachy płynów do płukania na myśl przywołujące powiew natury: wiosenna świeżość, letnia łąka, alpejska świeżość, świeżość tropiku... Obejrzyjcie tę krótką reklamę Lenora z 1995 roku. Trąci myszką - pochodzi z ubiegłego wieku - i chyba właśnie dzięki temu jeszcze lepiej pokazuje absurd zaciągania się chemią z butelki, która nic wspólnego z pięknymi widokami w tle nie ma.


   Co więcej, przyczynia się raczej do psucia tychże widoków. Jedna kwestia to hektolitry niebieskich (bryza oceanu po uderzeniu fali), białych (orientalny lotos z nutką jaśminu) i różowych (wiosenna magnolia o blasku perły) cieczy, które wlewamy do rzek a druga - dla mnie osobiście jeszcze gorsza - tony butelek, które poleżą SETKI lat. Setki! Po paniach z reklamy a nawet ich wnukach już dawno nawet proch nie zostanie, a butelka, którą trzyma w ręku powyżej nadal będzie gdzieś zalegać. Może nawet w świeżych tropikach! No i pozostaje jeszcze kwestia zdrowia, tzn. czy ta chemia nie pozostawia wpływu na nasz układ oddechowy czy skórę? Pewnie dla większości jej wpływ jest niewidoczny, ale alergicy mogą zapomnieć o takich cudach, co jak zwykle pokazuje, że takie produkty wywołują sprzeciw ludzkiego organizmu.

   Płynów nie kupuję od kilku lat. Oprócz środowiska szkoda mi także pieniędzy. No i mam nieodłączne przeświadczenie, że to jeden z tych produktów, którego potrzebę raczej mi wmówiono. 
  
   Bez płynów a przy użyciu zwykłych proszków do prania jakoś nie odczuwałam, żeby pranie było "twardsze" i niemiłe dla skóry... A jeśli chodzi o zapach, a raczej jego brak to jakoś nie robi mi to różnicy. W końcu proszek też ma w swoim składzie substancje zapachowe. Stałam się natomiast wyczulona na zapach płynu na rzeczach innych. Oczywiście nie powiem, żeby był to brzydki zapach. Jest sztucznie przyjemny, owszem. Jednak u niektórych osób szczególnie uzależnionych od "ostrego" płukania, bardzo interesująco miesza się natomiast z zapachem perfum... Perfum, za które w końcu zapłacili dużo pieniędzy, i raczej nie po to, aby nie pachnieć alpejskim strumieniem. No chyba że używają perfum Heidi i lubią chadzać w krótkich zielonych ogrodniczkach na szelki.

   Jaka jest zatem alternatywa?

 

POZIOM 1

    Tym, którzy nie wyobrażają sobie życia bez zapachu poranka nad górskim stawem polecam wlewanie 1/4 dawki płynu. Efekt będzie bardzo podobny, a starczy go na dłużej. Tę zasadę można zresztą stosować do większości chemii w domu i bardzo często będzie się ona pojawiać na poziomie 1 w kolejnych tematach (np. zmywania w zmywarce).

   Mniej destrukcyjne dla środowiska jest używanie ekologicznych płynów do płukania. Przy czym jest to niestety rozwiązanie dla tych, którzy mogą sobie finansowo na nie pozwolić. Są droższe od standardowych produktów. Oczywiście lepsze ceny zawsze znajdziecie w internecie. Ja korzystam ze sklepu EkoMaluch m.in. ze względu właśnie na bardzo dobre ceny różnych produktów, których używam, głównie pieluszek wielorazowych. W ich ofercie znajdują się także płyny do płukania, np. firmy Attitiude. Z opisu: zawiera naturalne olejki eteryczne: lawendowy i  grejpfrutowy, wyprodukowany z troską o emisję CO2, ulega całkowitej biodegradacji, posiada kanadyjski certyfikat ekologiczny EcoLogo, produkt odpowiedni dla Vegan, nie testowany na zwierzętach.  
   Sklep polecam z czystym sumieniem:  http://ekomaluch.pl/
  
   Przy czym najbardziej zachęcam do przejścia na poziom 3. Ekologiczny czy nieekologiczny płyn, butelka po nim pozostanie na długo...

 

POZIOM 2

   Poziom 2 stosuję przy praniu pieluszek i ubranek małej eM. Używam mianowicie olejków eterycznych: lawendowego oraz z drzewa herbacianego. Można także dowolnie innych, ale akurat te mają właściwości bakterio-, wiruso- i grzybobójcze, co jest bardzo wskazane przy praniu pieluch. Ale rzecz o praniu będzie  następnym razem, więc wracam do płukania. 
   Olejki są dostępne we wszelkich internetowych sklepach ekologicznych w małych, szklanych buteleczkach i kosztują poniżej 10 PLN. Używamy ich wkraplając wedle uznania kilka-kilkanaście kropel do przegródki na płyn do płukania. Pranie pachnie NAPRAWDĘ naturalnie!!! Ja uwielbiam ten aromat w całym pokoju, gdy się suszy. Zresztą wdychanie go jest dodatkowo bardzo zdrowe i wskazane np. w momencie kiedy zaczyna Was brać choroba!
   Jeśli chodzi natomiast już o suche rzeczy to niestety ten aromat jest ledwo wyczuwalny. Szkoda, bo mi bardzo odpowiada. 
    Moim zdaniem ten sposób na płukanie jest najfajniejszy. A dodatkowo macie w swoim arsenale naturalny sposób na wspomaganie swojego zdrowia. Zdziwicie się jak wiele zastosowań może mieć Wasz nowy "płyn do płukania".

Olejek lawendowy łagodzi stany lękowe, bóle głowy, stres, uspokaja, wspomaga koncentrację, ułatwia zasypianie. Łagodzi dolegliwości związane z menstruacją, bóle głowy, napięcia mięści. Pomocny wieczorem przy zasypianiu (do użycia w kominkach do aromaterapii).

Olejek herbaciany dodany do kąpieli rozgrzewa organizm i pomaga walczyć z chorobami bakteryjnymi i wirusowymi, ma działanie inhalacyjne, łagodzi zapalenie zatok, choroby gardła, kaszel, oczyszcza z toskyn.  Zapewnia rozgrzanie organizmu - dodajemy kilka kropel do miski przy ogrzaniu zimnych stóp lub stópek po spacerze lub po prostu kilka kropel do gorącej kąpieli. Można go stosować w leczeniu łupieżu, zmian trądzikowych, stanach zapalnych dziąseł, opryszczce, grzybicy stóp.  Zapach olejku odstrasza owady, komary, a w przypadku ukąszenia, łagodzi swędzenie i przyspiesza gojenie. A to nadal nie wszystko. Można np. przy odkurzaniu wciągnąć nasączony olejkiem kawałek papieru toaletowego i przy okazji roznieść zapach po całym mieszkaniu...


Niech zresztą rekomendacją będzie ponad 120 opinii tego olejku na Pieluszkarni: 
 
A Twój płyn do płukania też to potrafi?! 

PS. Przy używaniu olejków należy zachować ostrożność – nierozcieńczone mogą wywoływać oparzenia, nie polecane u kobiet w ciąży, karmiących piersią, należy odstawić jeśli wywołają reakcje alergiczne, nie należy stosować przez osoby z chorobami skórnymi, alergią lub astmą. Trzymać z dala od dzieci.

   Co do Ryana, to jestem pewna, że nie używa żadnych pachnących płynów, żeby nie zakłócały przypadkiem... zapachu Ryana.

 

POZIOM 3

  Mimo, że to poziom 3 to moim zdaniem jest najłatwiejszy: po rostu rezygnujemy z płynu do płukania. 

  W sklepie, gdy mamy już jego butelkę w ręku, wyobrażamy sobie, że całą jej zawartość wylewamy do jeziora albo na głowę pływającego po nim łabędzia. Nie, na małe łabądko płynącego obok niego... Wyobrażenie musi być sugestywne. Albo wylewamy do ziemi, w której rosną warzywa na nasz obiad, inaczej: dolewamy sobie do zupy. A butelkę wyrzucamy na dno oceanu o świeżości błękitnego oceanu!
   
Wiecie jaki jest dodatkowy plus poziomu 3? Macie więcej kasy dla siebie! Lub innych... 

środa, 13 lutego 2013

Walentynki...

    Walentynki... nic ciekawego ani nowego o nich nie napiszę. Bardziej mi się podoba wczorajszy Popielec niż dzisiejsze święto. Zresztą bardzo ciekawie w tym roku kontrastują obok siebie w kalendarzu. Za Walentynkami nie przepadam z wielu powodów, choćby dlatego, że jest to święto dla wybrańców. W końcu nie każdy jest zakochany a i tak, czy chce tego czy nie, tego dnia zostanie zbombardowany kolorem czerwonym, zalany deszczem serc i sexy haseł.

     Z drugiej strony, jest to święto pozytywne. W końcu z Ameryki przyszło, więc ma przyklejony piękny, wielki uśmiech. My - naród niewesoły może powinniśmy przymusowo takie okazje celebrować dla treningu? Jeśli z okazji Walentynek będzie milej w tym dniu, to czemu to negować? 

    Gdyby jednak odwrócić się od sklepów i telewizji to okaże się, że to może być bardzo "ekologiczne" święto w którym zupełnie NIC nie trzeba kupować. W końcu uczucia, pocałunki, przytulanie, uśmiech, spacer, rozmowa itp. są za darmo - a w końcu to właśnie o takie pozytywne emocje chodzi tego dnia.

    A jeśli o pozytywnych emocjach mowa to czas na Ryana! Idealnie pasuje na temat tego tekstu. Jest z Ameryki, jest sexy, ma piękny uśmiech no i można się w nim zakochać. Nawet będąc zakochaną we własnym, "prawdziwym" mężu i nie będąc (o matko, jak to już od dawna) nastolatką... Kiedyś mi przejdzie.

   Tymczasem 3 poziomy Ryana na Walentynki.

 

POZIOM 1


   Ryana można znaleźć obecnie w kinach w filmie Gangster Squad. Pogromcy Mafii. Byliśmy na tym wczoraj i... nie polecamy. Tutaj trailer, zamiast opisu o czym film jest. Trailer jest zresztą bardzo fajny, wiadomo.


     Film jest świetnie zrealizowany (w końcu to film z Ameryki) i można poodychać dymem papierosowym kasyn i lokali Los Angeles z lat 50. Jednak z prawdziwej i dramatycznej historii zrobił się raczej komediowy komiks z bardzo przerysowanymi postaciami.
   Dobre rzeczy w tym filmie:
- Ryan wygląda świetnie w stylizacji lat 50. Dwurzędowe, dopasowane marynarki i kapelusz z szerokim rondem bardzo dobrze na nim leżą...
- kilka komediowych scen, gdzie śmiałam się w głos (wszystkie z udziałem Ryana, więc byc może wystąpił u mnie efekt nadmiernej ekspresji chichotu jak to bywa przy śmiechu z żartów szefa)
- kilka niekomediowych scen, które przez swój nadęty patos też były bardzo śmieszne. 

   Jest też w tym filmie oczywiście wątek miłosny. Ryan zakochuje się w dziewczynie mafiosa - granej przez Emmę Stone. Ale ten duet to ja wolę w innym filmie.

 

POZIOM 2 

   Crazy. Stupid. Love czyli Kocha, lubi, szanuje. Komedia romantyczna, na której wspomnienie mam wielkiego banana na twarzy. Właśnie ponownie obejrzałam trailer i siedzę ucieszona. Nie chcę opisywać o czym film jest - gwarantuję jednak, że nie obrazi Waszej inteligencji i wprowadzi Was w super nastój. Oprócz Ryana (który tym razem także wygląda świetnie w dopasowanych marynarkach!), gra wspomniana Emma Stone, a ze starych wyjadaczy świetna Julianne Moore, Steve Carell, Marisa Tomei i Cavin Bacon.
  

   W ogóle Ryan jest tak nieprzyzwoicie wystylizowany tym razem, że trudno oderwać od niego oczy. To zresztą z tego filmu pochodzi jego "sfotoszopowana" klatka zachęcająca do oszczędzania wody...    


   Gdybyście nie chcieli/mogli obejrzeć całości to polecam tę kultową scenę, w której Ryan, grający wyrywającego co noc nową dziewczynę gogusia, zdradza swój "big move", który zawsze działa na dziewczyny. Oczywiście jeśli nie otarłeś/otarłaś się o szał Dirty Dancing na najbardziej ze wszystkich wytartej kasecie video, ta scena nie będzie AŻ TAK zabawna jak dla innych nastolatek z lat 90. 


  POZIOM 3

    Ostatnia propozycja to - dla odmiany - zupełnie nieatrakcyjny Ryan (stąd poziom 3!) w filmie Lars and the Real Girl (polski tytuł Miłość Larsa).
    Ryan gra samotnego mężczyznę, introwertyka, z lękowymi zachowaniami wobec kobiet i w ogóle wobec bliskości drugiego człowieka. Aby oswoić swoje lęki Lars kupuje gumową lalkę ludzkich rozmiarów, w której się zakochuje i którą wszędzie ze sobą zabiera (przy czym Bianca nocuje w domu brata, ponieważ obydwoje - i on i ona są religijni; Bianca jest zresztą misjonarką). Swoją "dziwaczną" miłością wprawia w konsternację bliskich i mieszkańców miasteczka, w którym żyje. Okazuje się jednak, że ta mała społeczność przez wzgląd na Larsa, zaczyna akceptować jego wybrankę. Bianca jest zapraszana na wspólne zakupy, spotkania, a nawet znajduje dorywczą pracę jako "manekin" w sklepie odzieżowym... Klimat filmu przypomniał mi Przystanek Alaska z jego ekcentrycznymi mieszkańcami, którzy tworzyli społeczność dość osobliwą, ale dającą sobie oparcie. Film określany jako Dramat/Komedia (!?) to historia o odmienności, z której życzliwość i współczucie innych może wydobyć wartość zamiast odciskać piętno.
     Tematyka jest poważna, ale film jest opowiedziany lekko, jest ciepły i bardzo zabawny. I pozostawia dużo pozytywnych emocji na długo. 


Miłego oglądania!

Jeśli znacie lub obejrzycie któryś z filmów, napiszcie koniecznie proszę co o nich sądzicie!

piątek, 8 lutego 2013

Na straganie - poziom 3

(Ze względu na to, że w tym temacie nie mogłam opanować wszystkich wątków, wyjątkowo każdy z 3 poziomów jako odzielny tekst). 


 POZIOM 3 

     Cykl "Na straganie" tak mi się rozbudował, że pozwolę sobie przypomnieć czego w ogóle dotyczy. Otóż tematem jest kupowanie ekologicznych, czyli certyfikowanych lub naturalnych - bez certyfikatów, ale uprawianych nieprzemysłowo warzyw i owoców. (O uprawie na własną rękę też kiedyś napiszę więc teraz tylko o zakupach).  
    Kupowanie w sieciach sklepów ekologicznych, kupowanie wg idei lokalnie i sezonowo czy wreszcie kupowanie bezpośrednio od rolników, choć w ułatwionej formie mamy za sobą.  

    Czas na poziom 3, należący zawsze do tych, którym się chce i na których patrzy się dziwnie...


Kooperytywy spożywcze, czyli moc w kryzysie



   No bo jak nie patrzeć dziwnie na ludzi, którzy z marchewką porywają się na kapitalizm? A co ciekawsze wygrywają nią swoje małe bitwy i zdobywają nowe przyczółki!
  
   "Najsławniejszą" kooperatywą w Polsce, od której wyszedł impuls dla wielu innych jest Warszawska Kooperatywa Spożywcza, która rozpoczęła działalność w styczniu 2010 roku i na początku zrzeszała około 10 osób. Obecnie na ich facebookowym profilu jest ponad 1,5 tys. "znajomych" (choć może to nie być liczba członkiń i członków) a na stronie WKS widnieje informacja, że obecnie nowych członków nie przyjmują do odwołania, jednocześnie zachęcając do zakładania nowych kooperatyw, służąc wsparciem merytorycznym i praktycznym, w tym oprogramowaniem do robienia zakupów.

  Na czym polega działalność WKS najlepiej opisują ich własne słowa:

"Warszawska Kooperatywa Spożywcza to inicjatywa konsumentów, którzy chcą budować sprawiedliwą, demokratyczną i ekologiczną gospodarkę. Chcemy jeść zdrową żywność za sprawiedliwe ceny. Budujemy pomost między producentami i konsumentami, z pominięciem pośredników, a naszym celem jest wzajemne zaspokajanie potrzeb, a nie zysk. Staramy się, aby kupowane przez nas produkty w coraz większym stopniu pochodziły z upraw ekologicznych, spełniały standardy etyczne, omijały pośredników i zachowywały niską cenę. Kooperatywa jest otwarta dla wszystkich zainteresowanych, bo chcemy, żeby nasza działalność miała jak największy zasięg. WKS to nie tylko tanie i ekologiczne zakupy – ale także przedsięwzięcie społeczno-polityczne. Duża liczba członków i członkiń zorganizowana w ogólnokrajowej sieci kooperatyw będzie mogła realnie oddziaływać nie tylko na styl konsumpcji, ale także na produkcję żywności i stosunki pracy. Zależy nam na budowaniu z producentami bliskich relacji, opartych o wzajemne poszanowanie, dialog i sprawiedliwy handel. Oprócz zaspokajania potrzeb żywieniowych swoich członków, WKS ma ambicje stać się  instytucją socjalno-oświatową. Na co dzień jesteśmy dla siebie koleżeńskich wsparciem,  organizujemy kluby dyskusyjne i integracyjne pikniki. Przy każdej okazji przypominamy i propagujemy polską tradycję spółdzielczości – bo jest niesamowita i inspirująca!"
   Jak te idee przekładają się na praktykę? 
  Otóż członkinie i członkowie raz na dwa tygodnie organizują zakupy warzyw i owoców bezpośrednio od rolników. Celem jest pominięcie pośredników. Nie zawsze tylko po to, aby zapłacić mniej. Chodzi także o to, aby rolnik otrzymał sprawiedliwą zapłatę za swoją pracę. (Jak wspominałam na poziomie 2, ceny w skupie potrafią nie pokrywać nawet kosztów uprawy...). 

    Co dwa tygodnie przez internet zbierane są zamówienia od członków i członkiń (ktoś ogarnia te komputerowe kwestie). Następnie wybrane wcześniej osoby jadą (wczesnym rankiem) na giełdę i kupują produkty bezpośrednio od rolników. Część z rolników jest wcześniej sprawdzana pod kątem naturalnej uprawy, na co ktoś także poświęca swój czas. Następnie produkty są przywożone na miejsce odbioru zamówień, tam ważone (przez kolejne osoby) i wydawane odbiorcom (przez kolejne). Na koniec ktoś jeszcze musi posprzątać lokal.

    Kooperatywa spotyka się także aby omówić wszelkie bieżące kwestie, których jak mniemam może być bardzo wiele. Im więcej ludzi tym więcej problemów. Lub wyzwań. Jak kto woli.

   Jeśli członkom takiej spółdzielni chce się TO wszystko zamiast iść do sklepu i powiedzieć "poproszę kilogram marchewki", to domyślam się, że chcieć im się może także dużo więcej i że tworzą grupę mocno kreatywną. Jeśli szukacie inspirującego towarzystwa to dołączcie do jakiejś kooperatywy. Przy okazji tańszych, sprawiedliwych i zdrowszych warzyw i owoców na pewno zyskacie dużo więcej. Przy czym sami także "musicie" się w działalność zaangażować. W końcu to spółdzielnia a nie sklep. 

   A nie napisałam jeszcze o ich funduszu gromadzkim, czyli kwocie 10%, która jest pobierana od wartości zamówienia. W ten sposób zebrane pieniądze przeznaczane są na pomoc socjalną i działalność edukacyjną. Jeśli ktoś z kooperatywy nie ma co do garnka włożyć, to może skorzystać z takiej właśnie pomocy. 
Tego też w sklepie nie uświadczycie...


    Wspominałam o nowych przyczółkach zdobywanych przez spółdzielców. Otóż ich przykład dał impuls do powstania kolejnych kooperatyw, m.in. Łódzkiej Kooperatywy Spożywczej. W Warszawie natomiast działa w tym momencie osobna Grochowska oraz Mokotowska. Oprócz wymienionych, są też dwie w Krakowie: Wawelska oraz "Biała droga", a także Gdańska, Opolska, Poznańska, Toruńska, Białostocka. (Być może jest ich więcej, ale do informacji o nich nie dotarłam).

  W kwietniu 2012 odbył się natomiast I Zjazd Kooperatyw Spożywczych. Jeśli ten temat i sposób zakupu Was interesuje śledźcie stronę http://zjazdkoop.wordpress.com/, gdzie zapewne pojawią się informacje o kolejnym spotkaniu. Ostatni zjazd był otwarty, więc pewnie w tym roku także zachowa tę formę.

   To tyle w tej kwestii. Mam nadzieję, że nic nie przeinaczyłam, bo tekst w całości opieram na wiedzy internetowej i prasowej (Zwierciadło 9/2012 opisuje na kilku stronę działalność WKS). Jeśli ktoś należy do kooperatywy i stwierdzi, że coś jest nie tak - chętnie zapoznam się z jego uwagami.



  A jeśli chodzi o Ryana, to w kooperatywę także został "wrobiony". Ja się nie dziwię. W końcu każdy chce go mieć po swojej stronie. Na http://foodcoopheygirl.tumblr.com/ znajdziecie memy Hey Girl związane z nowojorską kooperatywą Park Slope Food Coop, którą Ryan bezwiednie reklamuje. Podobnie jak mój blog zreztą. Nie są jakieś super zabawne, no ale przedstawiają Ryana, więc się jakoś bronią. Wybrałam moim zdaniem najlepszy. 

http://foodcoopheygirl.tumblr.com/post/14065352543
Sami widzicie, że nic szczególnego... Dlatego wklejam dodatkowego Ryana poza tematyką. To mój ulubiony (tym razem "wrobiony" przez feministki).


http://feministryangosling.tumblr.com/post/11295305647








  

 

czwartek, 24 stycznia 2013

Na straganie - poziom 2



(Ze względu na to, że w tym temacie nie mogłam opanować wszystkich wątków, wyjątkowo każdy z 3 poziomów jako odzielny tekst). 

 

POZIOM 2

  Poziom 2 to podążanie za ideą propagowaną m.in. przez René, tzn. wspieranie małych lokalnych gospodarstw i zakupy bezpośrednio od producentów.
   Brzmi rozsądnie, prawda? Mi się podoba, ale przyznam, że wymaga zmiany bardzo wielu nawyków. Szczególnie zimą kiedy piszę ten tekst. Poziom 2 wprowadzam więc na razie tylko na poziomie warzyw i owoców. Przy używaniu ryżu, herbaty, kawy czy kakao pozwolę sobie jeszcze pozostać... Podążam drogą ewolucji, bo rewolucja lubi obcinać głowy swoim ojcom. Choć tu raczej matkom w wersji Herstory. 

   Zatem ewolucyjnie eliminuję... Pomidory - zimą łatwizna bo są bez smaku. Cytrusy - zjem sobie w gościach. Banany - nie lubię; ojciec całe dzieciństwo powtarzał, że smakują gorzej niż kartofle, no i uwierzyłam. Papryka - zaczynają się małe schody. Rukola - już tęsknię... Bakłażan - będę ciebie wyglądać kochany!
    
  A wiecie jaki jest jeszcze jeden plus idei "zmniejszenia dystansu" w zakupach? Stają się tańsze. Co przy tymczasowo jednym żywicielu rodziny (którego serdecznie pozdrawiam!) może stawać się argumentem niebanalnym... Dla czytelników nie będących znajomymi, a po cichu liczę, że tacy też są: mąż pracuje, a ja "siedzę w domu" z dzieckiem. Za darmo, bo to przecież urlop.
  (Z serii rozmowy z pieniędzmi w tle. Ja: Kurczę, jutro impreza u Środy a ja nie mam nic nowego - robię smutne oczy i czekam na zachętę pognania polem do pobliskiej galerii. On: Nie przejmuj się. Faceci i tak nie zwracają na to uwagi. No w sumie fakt, ale tam będą głównie koleżanki i ta zasada już nie działa...)

   Jak widzicie, możecie liczyć na moją wiarygodność w poszukiwaniu nie tylko zdrowych, ekologicznych warzyw, ale także po prostu tanich. Okazuje się, że jest możliwe połączenie tych cech. Oczywiście przy pewnym wysiłku versus robienie zakupów w najbliższym sklepie. 

 

"Od rolnika do pośrednika 3000 procent znika" czyli "Uratuj rolnika i samego siebie"

 

   Z tym hasłem w sierpniu 2012 rolnicy z Ponidzia ruszyli NA TRATWIE z warzywami i owocami do Warszawy nagłaśniając po drodze problem różnicy cen pomiędzy skupem a sklepem. Zupełnie nie miałam pojęcia jakiej skali przebitki cenowe odbywają się na rynku. W 2012 roku sytuacja była szczególnie dramatyczna dla uprawiających ziemniaki, bo kilogram przyjmowano poniżej 10 gr, co oczywiście nie pokrywało kosztów uprawy i transportu. Nie mówiąc o przepaści cenowej pomiędzy tym, ile  płacimy my-konsumenci. Mechanizmy handlu ogarniam na tyle, aby rozumieć zasadę, że kupuje się tanio aby sprzedać drożej. Nic przeciwko nie mam. Nie mniej w łańcuchu: producent ziemniaka - pośrednicy ziemniaka - zjadacze ziemniaka - wydaje się, że to rolnicy i my jesteśmy robieni w trąbę. 
 Może zatem czas zastosować modnyo FairTrade na naszym własnym podwórku.

  Na szczęście spływ tratwą nie był tylko pomysłowym happeningiem, ale początkiem świetnej inicjatywy rolników, dziennikarzy Radia Wnet oraz marszałka woj. świętokrzyskiego Adama Jarubasa. Mianowicie rozpoczęli akcję pod kolejnym chwytliwym tytułem "Uratuj rolnika i samego siebie". Jest to cykliczna dostawa z Ponidzia do Warszawy plonów z tego bardzo żyznego regionu i bezpośrednia sprzedaż rolnik-konsument. Bezpośrednia via internet.
  Wystarczy zarejestrować się na stronie http://rolnikwnet.pl/index.php i zrobić zakupy przez internet, opłacić przelewem i odebrać w starej Fabryce Wódki Koneser na Ząbkowskiej w dawnej siedzibie świetnego Teatru Konsekwentnego. Na razie dostawy odbywają się co 2 tygodnie. Ja odkąd o akcji usłyszałam wzięłam w niej udział pięć razy i z wielkim entuzjazmem wszystkich do niej zachęcam! Razem z Pio przyzwyczailiśmy się już do tego cyklu gromadzenia zapasów, co jak najbardziej wymagało zmiany nawyków. Na początku ziemniaki nam rosły, a jabłka gniły. Obecnie jesteśmy już zdecydowanie lepszymi planerami i kupujemy oraz gospodarujemy wszystkim rozsądniej. A odbiór warzyw dzielimy między sobą z sąsiadami, ponieważ jest już nas kilkoro, którzy kupują w ten sposób. Jeśli również zdecydujecie się na tę akcję, jestem pewna, że możecie za sobą pociągnąć rodzinę, znajomych i odbiór nie będzie wcale uciążliwy.


Bagażnik bordowej asterki na czarnych blachach z zakupami. Reklama w tle niesponsorowana. To może być miejsce na Twoją reklamę.
W Koneserze
    Akcja jest zresztą doskonałym połączeniem kupowania lokalnego i sezonowego. Nic egzotycznego na tej giełdzie zimą nie znajdziemy. Nie licząc egzotycznie brzmiącego topinamburu, którego stałam się fanką. Warzywa i owoce pochodzą z małych i średnich gospodarstw, co pozwala mniemać, że są uprawiane w bardziej naturalny sposób niż przy uprawie na wielką skalę, co zresztą ułatwia tamtejsza żyzna gleba. Ceny niskie. Oprócz płodów rolnych możemy też kupić miody, oleje, jaja, kiszonki, mak, pokarm dla ptaków. A jestem pewna, że wraz z rozwojem tej akcji rozwijać się będzie także asortyment. Nie mówiąc o nadchodzącym bogactwie letniego i jesiennego sezonu. 
   
  Co jest bardzo fajne, to możliwość zakupu ekologicznych-certyfikowanych warzyw i owoców, co może przede wszystkim zainteresować wszystkie spanikowane/troskliwe (zależnie od poglądów wybierz właściwe określenie) jak ja matki, które chciałyby karmić dziecko czymś niepryskanym nie bankrutując przy okazji. Jeśli znacie jakichś rodziców, którzy mogliby być zainteresowani tą opcją zakupu, koniecznie dajcie im znać. Ceny certyfikowanych produktów, ze względu na pominięcie wszystkich pośredników, są bardzo atrakcyjne. Zamieszczam zresztą na dole porównawczą tabelę. My z Pio kupujemy wg schematu: ekologiczne dla małej eM, niecertyfikowane dla nas. 

   Poniżej moje certyfikowane modelki od rolnika.

Różne gatunki jabłek
5,5 kg eko dynia za 12,90!


























           

   Głównym moim pomysłem na poziom 2 jest właśnie akcja Uratuj rolnika, bo sama biorę w niej udział. Mam jeszcze jednak dla Was 4 inne ciekawe adresy w Warszawie. Będę się streszczać, bo na imprezie u Środy - tej na której byłam w starych ciuchach - dowiedziałam się, że moje teksty bywają za długie. I po kilku akapitach część czytelniczek zjeżdża do Ryana i do widzenia. Tak więc ad rem!

 

Biobazar w Centrum http://www.biobazar.org.pl/

 

   Mieści się na Żelaznej 51/53 w dawnej fabryce Norblin i działa w soboty. Wystawia sie na nim bardzo wielu dostawców, dzięki czemu dostępny jest szeroki asortyment ekologicznych produktów od owoców i warzyw (nie tylko lokalnych) przez sery, chleb kosmetyki i ekologiczne gażdżety. 
   Ceny różne - od rozsądnych wzwyż... Ja np. nacięłam się na "rolnika", który wszystko sprowadza z Niemiec (czego nie ukrywa) i za eko-natkę zapłaciłam 6 PLN! Wiecie jak to jest, wstyd było nie wziąć jak już miałam ją w ręku. Teraz omijam to stoisko jednak z daleka. Są także rolnicy z lokalnymi produktami w dobrych cenach. Kupiłam tam także kurczaka dla córki. Nie powiem, żeby był tani, ale jakość mięsa zdecydowanie inna od tego, co w sklepie. Piersi były pięciokrotnie (!) mniejsze od tego, co kupić można w każdym sklepie... 

 

Pan Ziółko na Żoliborzu http://panziolko.pl/onas.html  

 

  Dostępny w środy na placu przy Cytadeli, przy restauracji "Forteca", na ulicy Zakroczymskiej 12. Nie wiem czy zimą pan Ziółko też tam bywa, lepiej wcześniej zadzwonić. O państwie Rutkowskich, ich rolniczej PASJI i jej owocach słyszałam i czytałam wiele dobrego. Sama nie sprawdzałam, ale  zachwyty kucharza Grzegorza Łapanowskiego o produktach pana Ziółko wydają się wystarczającą rekomendacją. Z załączonego felietonu dowiedziałam się także o istnieniu takich polskich ziół jak palczatka cytrynowa, trybula czy substytucie szparagów poza sezonem - wężymordzie, zwanym skorzonerą. Takie między innymi cuda można u pana Ziółko dostać.
  A ja wciąż u niego nie byłam. Cen więc nie znam, ale podobno jest tanio. Tak wynika z relacji z zakupów na tym smakowitym blogu, gdzie nasycone zdjęcia wpędzają w tęsknotę za - lepszą niż obecna - porą roku na warzywa.  

 

Ludwik Majlert na Białołęce http://www.majlert.pl/   

 

  O panu Majlercie też dowiedziałam się z powyższego artykułu. Prowadzi on z rodziną gospodarstwo o tradycjach sięgających XIX w. Na ich stronie polecam zakładkę opisującą sklepik stacjonarny. Od razu widać, że kochają to, co robią. Jeśli zdecydujemy się na zakup mniej znanego warzywa od razu służą wydrukowanymi przepisami z ich udziałem. Prosty pomysł, a jaki fajny. Osobiście jestem urzeczona wyborem dyń i uświadamiam sobie jak mało wiem o tym, co może u nas rosnąć: dynia Uchiki Kuri z wyspy Hokkaido, dynia Early Butternut (piżmowa), dynia Blue Ballet (dynia olrzymia), dynia Muscat de Provance (piżmowa), dynia makaronowa - Stripetti.
  Tam także nie byłam. Ale będę w sezonie na pewno!

 

Sklep (internetowy) z natury http://www.sklepznatury.pl/  

 

  Sklep hołdujący zasadzie "lokalnie i sezonowo", w którym dostaniemy warzywa i owoce z rolnictwa ekologicznego na Mazowszu. Niewątpliwym plusem jest dostawa do domu. Hmmm, może powinnam była umieścić go na Poziomie 1 - w końcu łatwiej być nie może. Z informacji na stronie wynika, że warzywa/owoce są odbierane od rolnika i dostarczane tego samego dnia do odbiorcy, co w sezonie na pewno gwarantuje świeżość produktów. Ciekawą sprawą są abonamenty na żywność dostosowane do odbiorców: Happy pack dla singli, Big pack dla 2 osób, Family Pack dla rodziny>2 os. Zawartość takiego abonamentu zmienia się sezonowo.
  Z usług sklepu nie korzystałam. Ceny do sprawdzenia na stronie.

(Jeśli tylko skorzystam z usług któregoś z powyższych miejsc na pewno uzupełnię wpis o swoje komentarze i dam znać na FB profilu bloga) 

 

Na własną rękę 

 

"Euro liść"
   Można także poszukać rolników uprawiającyh bez chemii na bazarach. Na pewno są tacy i pod Halą Mirowską, i na Wolumenie i w innych miejscach. Przy czym kwestią zaufania jest ekologiczność danych produktów. Pojęcia "zdrowa żywność" czy "naturalna żywność" nie są tym samym co ekologiczna. Za tą zawsze powinien stać certyfikat rolnictwa ekologicznego, przyznawanego przez odpowiednie jednostki, kontrolujące gospodarstwa pod kątem nasion, składu gleby czy sposobu nawożenia w wypadku upraw. W UE produkty z certyfikatem oznaczone są logo zwanym euro liściem. Wyższa cena ekologicznej żywnośći w jakimś stopniu wynika właśnie ze złożonych procedur uzyskania certyfikatu. Nie mniej sama uprawa bez stosowania choćby środków owadobójczych czy chwastobójczych jest zdecydowanie bardziej praco- i czasochłonna a tym samym kosztogenna.

  Dotarcie do rolników, którzy uprawiają ekologicznie, ale bez certyfikatów jest na pewno możliwe. Przy czym wymaga to dokładnego sprawdzenia. Jeśli macie kogoś na wsi zacznijcie kiedyś temat "sypania" upraw. Zakładając, że znajdą się we wsi rolnicy, którzy coś uprawiają. Możecie dowiedzieć się ciekawych rzeczy.
  Rodzice mojej koleżanki mieszkają na wsi. I tam stan rzeczy wygląda mniej więcej tak.
  Jest pani, która uprawia dla jednej ze znanych sieci. Otrzymuje dotacje UE, które obligują ją do bardziej naturalnej uprawy (ale bez certyfikatu). Musi m.in. kupować "nieskażone" certyfikowane nasiona dla swoich upraw a nawozów sztucznych używa w określonej przepisami ilości, mniejszej niż standardowo. Swoimi plonami karmi swoją rodzinę.
  Druga pani, uprawiająca kapustę, która nie chce "bawić się" w dotacje, sypie ile jej wygodnie i sprzedaje do skupu. Swojej kapusty jednak rodzinie nie daje. Być może uprawia ekologiczną w przydomowym ogródku...
  Jest też rodzina, której nie stać na nawozy i która, gdy nadchodzi potrzeba, w całym składzie rusza na grządki i pieli uprawy. Jeśli dotarlibyście do nich, możecie bez obaw kupować ich warzywa.
   I jest jeszcze pszczelarz, który certyfikat ekologiczności miałby gwarantowany, gdyby... chciał w niego zainwestować. Tymczasem woli inwestować w rozwój pasieki. A klienci i tak znając jego naturalne metody i produkty, nie potrzebują żadnego logo na jego miodach, aby je kupować.

  Czasami pewnie lepiej nie wiedzieć, skąd pochodzi nasza kapusta tylko spożyć ją bez stresu w nadziei, że rolnika nie było stać na nawozy... Kto po wsi chodzi ten sam sobie szkodzi.


 

  A Wy jaki macie stosunek do zakupu warzyw i owoców? Kupujecie, gdzie Wam wygodnie nie przejmując się pochodzeniem? Czy może macie jakieś swoje sprawdzone miejsca?


  A już zupełnie na koniec wspominana tabelka z porównaniem cen owoców i warzyw z eko certyfikatami (oprócz ostatniej pozycji).

  

PODSUMOWANIE

POZIOM 2

- zakupy certyfikowanych warzyw/owoców bezpośrednio od rolników (kilka adresów w Warszawie podanych w tekście)
- zakupy niecertyfikowanych, ale uprawianych naturalnymi metodami plonów ze sprawdzonych gospodarstw (jak np. pan Ziółko czy pan Majlert)